wtorek, 26 sierpnia 2014

Prezent od Przyjaciela cz.2


Dla Salvio Hexii, przepraszam, że nie zawsze potrafię docenić Ciebie i naszą przyjaźń.

           Mimo że najbliższy przystanek metra znajduje się zaledwie dwieście metrów od mojego domu, czuję się, jakbym zaraz miała wypluć płuca. Staram się nie biec, bo wiem, że może się to źle skończyć. Ciągle okłamuję samą siebie, że jestem normalną nastolatką i wcale nie mam choroby na karku. Niemyślenie o tym jest po prostu łatwiejsze. Ale jeśli nie chcę znowu wylądować w szpitalu, muszę bardziej uważać. Idę szybkim krokiem, mijając szeregówki, prawie identyczne, jak ta, w której mieszkam. Skręcam w jedną z najbardziej ruchliwych ulic Islington.   Przepycham się przez zatłoczony chodnik, nie zwracając uwagi na niezbyt zadowolone miny przechodniów i ich oburzone parskania. Niebiesko-czerwony znak metra podnosi mnie na duchu. Zbiegam po schodach i wpadam na zatłoczoną stację.  Bogu dzięki, pociągi do Southwark kursują co mnie więcej trzy minuty. Patrzę na zegarek. 10:02. Cholera. Słyszę charakterystyczny stukot zbliżającego się wagonu. Kiedy hamuje, razem z całym tłumem wsiadam do środka. Szukam wolnego miejsca, jednak jak zwykle muszę zadowolić się metalową rurką. Metro rusza, a ja zaczynam coraz bardziej się niecierpliwić. Jedna stacja. Część ludzi wysiada, a spora grupa osób wchodzi do pociągu. Błądzę wzrokiem po nieznanych mi twarzach.  Mijają minuty. Druga stacja. Ja nadal kurczowo trzymam się poręczy.  Trochę mi duszno, ale próbuję wziąć się w garść. Znowu ruszamy.  Nie patrzę za okno, bo wiem, że zaraz zrobi mi się nie dobrze. Jeszcze tylko trochę -mówię sobie w duchu. Nie lubię metra, bo w tych metalowych wagonach czuję się jak konserwa w puszce. Pociąg zwalnia,  a ja z cichym westchnieniem ulgi wysiadam. London Bridge- chyba najładniejsza i przede wszystkim najczystsza stacja metra w tej części Londynu. Idę w stronę wyjścia i przelotnie patrzę na wielki, elektroniczny zegar. Czternaście po dziesiątej. Cudownie. Wchodzę po schodach i szybkim krokiem ruszam w kierunku szpitala. Dzieli mnie od niego około piętnaście minut na piechotę. Jeśli się pośpieszę, może zdążę. Wielki, beżowo-niebieski budynek widzę już z daleka.  Szklane szyby odbijają skąpe promienie słońca, którym udało się przebić przez warstwę chmur. Nie lubię tutaj przychodzić. Z tym miejscem wiążą się moje najgorsze wspomnienia.  Jednak zgodziłam się na… Towarzyskie spotkanie właśnie tu. O ironio. Mijam sklepowe witryny, nawet nie zwracając uwagi na starannie poukładane na wystawach rzeczy. Mimo że nie mam zbytnio czasu na odpoczynek, zatrzymuję się, by złapać oddech. Znowu niecierpliwie zerkam na zegarek. Osiem minut. Tyle mi zostało. Czasem mam wrażenie, że moje życie to jedno wielkie odliczanie.

***

            Wchodzę na parking, jest dwadzieścia siedem po dziesiątej. Uśmiecham się z samozadowoleniem. Nie spóźniłam się. Opieram się o betonowy słup. Po kilku minutach bezczynnego stania, zaczynam wątpić czy w ogóle przyjdzie. Chyba zrobiłam błąd… Nagle, ktoś szturcha mnie w ramię, spoglądam za siebie. Jednak nikogo tam nie ma. Marszczę brwi i wracam do tej samej pozycji. Znowu czuję klepnięcie, więc po raz kolejny odpycham się od słupa i patrzę do tyłu. I po raz kolejny nikogo tam nie ma.  Zrezygnowana odwracam się z powrotem.
-O mój Boże!- Wciągam ze świstem powietrze. Stoi przede mną. O mały włos nie zeszłam na zawał i to wcale nie dlatego, że jest jakiś bardzo atrakcyjny… No dobra jest. Ale w każdym bądź razie, po prostu się wystraszyłam.- Jesteś pieprzonym wampirem czy co?- Uśmiecha się rozbawiony.- Bardzo śmieszne. Spóźniłeś się. – W odpowiedzi wyciąga z kieszeni gruby notes i długopis. Pisze coś szybko i mi podaje.
Ty prawie też.
-Co? Szedłeś za mną?- pytam, mrużąc podejrzliwie oczy. Uśmiecha się szeroko i zabiera mi zeszyt.- Na każdą randkę jesteś tak uzbrojony?-  Wskazuję podbródkiem kartki. Zaczyna trząść się ze śmiechu, co naprawdę wygląda dość dziwnie, zważając na to, że nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. A ja w tym momencie zdaję sobie sprawę co palnęłam. Randka. To jest to magiczne słowo, którego miałam nie używać cały dzisiejszy dzień! Kręcę głową speszona. Blondyn podtyka mi notes pod nos.
Nie, to moja pierwsza i po prostu chcę się podszkolić.
Parskam śmiechem. No cóż, przynajmniej ma poczucie humoru. Gorzej jeśli mówił, a raczej pisał, na serio.
-Będziemy tutaj tak stać czy weźmiesz mnie na tę obiecaną kawę?- pytam go, siląc się na ironię. W jego oczach widzę wesołe iskierki, których mnie tak często brakuje. Kiwa głową i rusza przed siebie, nawet na mnie nie patrząc.
Przewracam z niedowierzaniem oczyma. Co ja do cholery robię?

***

            Idziemy ramię w ramię w stronę mostu. Nic nie mówię, bo staram się opanować przyspieszony oddech. Totalny brak kondycji po raz kolejny mi doskwiera, jednak trzymam fason i nie narzekam. Po drugiej stronie ulicy, na rogu widzę małą kawiarnię. Posyłam mu pytające spojrzenie. Uśmiecha się i kiwa głową. Przechodzimy przez pasy. Budynek niezbyt różni się od innych, ot, zwykła kamienica. Otwiera mi szarmancko drzwi, a ja z wdzięcznością unoszę kąciki ust i przechodzę przez próg. Wchodzi za mną do środka. Rozglądam się z ciekawości i przyznaję w duchu, że wnętrze jest świetnie urządzone. Delikatne, ciepłe barwy w połączeniu z drewnem idealnie się harmonizowały.  Siadamy w rogu, przy stoliku w kolorze palonej kawy.
-No dobrze, mogę przynajmniej wiedzieć jak masz na imię?- pytam, unosząc jedną brew. Patrzy na mnie swoimi zielonymi oczami, jakby się nad czymś zastanawiał i znowu sięga po notes. Odgradza się ręką, żebym nie podglądała. Po chwili wyrywa jedną kartkę i mi ją podaje.
-Serio? Rebus?- Śmieję się szczerze. Na pierwszym rysunku rozpoznaję marchewkę, nie… To jest pietruszka. Nad nią strzałka w dół, a obok przekreślone "KA" i "+ha".
-No to, to jest chyba natka? Ale bez "-ka", więc samo "Nat" i do tego mamy "ha". –Wiem już, że chodzi o Nathaniela, jednak został jeszcze ostatni rysunek.- Hmmm, a to jest… Sarna?- Kręci głową. Szukam w myślach zwierzęcia, którego nazwa kończy się na "-niel".- Kokiel spaniel?- Znowu zaczyna się bezgłośnie śmiać. No tak, przecież spaniele to psy. A to coś psem na pewno nie było.- Daniel!- wykrzykuję z satysfakcją w głosie, aż kilka osób, siedzących w kawiarni odwraca się w naszą stronę. Nathaniel uśmiecha się zadowolony, że zgadłam.-  No, ale zostaje "da-".  Zabiera mi kartkę, dopisuje coś i oddaje mi z powrotem.
Wybacz, zapomniałem, mój błąd.
-Hej, gdyby nie to, poszłoby mi dużo szybciej!- mówię hardo i odbieram od niego zeszyt, w którym znowu coś nakreślił.
I tak, jak na pierwszy raz było nieźle. Co robiłaś wtedy w szpitalu?
Poważnieję w jednym momencie, waham się czy mu to powiedzieć, czy nie. Nie chcę go wystraszyć. Jednak życie jest krótkie, a ja, można powiedzieć, i tak mam ograniczony termin przydatności. Biorę od niego długopis.  Najpierw rysuję szczypce, tułów, głowę i odnóża, później, obok, leżącego na ziemi martwego ludzika w plamie krwi. Dodaję strzałkę nad "czerwonym" płynem i podaję mu notes. Przygląda się zaciekawiony. Pisze coś na kartce i zeszyt znowu trafia do mnie.
Rak krwi? Przykro mi. Nie wiedziałem.
Uśmiecham się smutno.
-Dokładniej CML, czyli przewlekła białaczka szpikowa. Ale nie bój się, to nie jest zaraźliwe.
Unosi zdziwiony brew i pochyla się nad brulionem.
Wiem przecież, czemu miałbym się bać?
-No wiesz, kilku już uciekło, kiedy się dowiedziało. Dokładniej trzech.
Idioci. Ile mniej więcej ci zostało?
-Nie wiem, rok, półtora, może nawet dwa lata.-odpowiadam zdziwiona jego szczerością.
To mamy całkiem sporo czasu.

***

            Znasz to uczucie, kiedy zapominasz o wszystkich problemach, a cały świat przestaje się liczyć? Jeśli tak, to gratuluję. Jesteś zakochana. Po dwóch miesiącach tej znajomości mogę to szczerze przyznać. Fakt, że kocham i jestem kochana wypełnia mnie całkowicie. Wstaję i wiem, że mam dla kogo walczyć. Rzeczywistość przestaje być okrutnym nonsensem i nawet choroba nie jest już tak uciążliwa. Nie mówię, że od razu wszystkie objawy ustępują, ale po prostu jest mi z tym lżej. Z Nathanielem spotykam się, kiedy tylko mogę, czyli praktycznie codziennie. Zużyliśmy już kilkanaście zeszytów. Mama mówi, że zawsze, gdy go widzę unoszę się kilka centymetrów nad ziemią. Może ma rację, ale czy to moja wina, że jestem wreszcie szczęśliwa?  
Otwieram oczy i nie mogę powstrzymać uśmiechu. Dzisiaj sobota. Co tydzień, czyli właśnie dziś, chodzimy z Natem do kina, a później jemy obiad, na przemian, raz u jego rodziców, raz u nas. Tego dnia, piłeczka jest po mojej stronie, więc muszę wreszcie zwlec się z łóżka. Podnoszę głowę z poduszki i niemrawo patrzę na zegarek. Mam nadzieję, że znowu stanął, bo jeśli naprawdę jest piąta rano, to ze sobą skończę. Jak już wstanę, to nie ma najmniejszych szans, żebym zasnęła z powrotem. Wyglądam za okno. Niebo jest jeszcze szare. Czyli co najmniej dwie godziny bezczynnego leżenia. Hurra. Chyba, że… Tak. To jest to. Ubieram się szybko i schodzę na palcach do kuchni. Wyciągam z lodówki jajka, śmietanę i masło. Biorę z szafki największą, zieloną miskę, wsypuję do niej cukier i wbijam trzy jajka. Nucę pod nosem jakąś melodię, której tytułu ani autora nawet nie pamiętam. Otwieram szybkim ruchem szufladę i chwytam mikser. Ubijam jajka z cukrem i wlewam do miski śmietanę. Wsypuję mąkę, jak zwykle wzbijając w powietrze kłąb białego pyłu. Znowu włączam mikser i łączę składniki w jednolitą, ciągnącą się masę. Nigdy nie rozumiałam dzieci, podkradająch matkom surowe ciasto. To takie… Nieapetyczne. Podbiegam do szafki i wyciągam mały rondelek, w którym rozpuszczam masło. Dolewam je do reszty i znowu mieszam. Odstawiam miskę i biorę się za drylowanie śliwek. Dość mozolna praca, ale i tak mi się podoba. Cholernie lubię piec ciasta. A ciasta-niespodzianki w szczególności. Biorę stalową blachę i wykładam ją papierem do pieczenia. Wlewam masę do środka i układam na wierzchu owoce.  Całość wkładam do piekarnika i spoglądam na zegarek. Za dwadzieścia szósta. Otwieram jedną z szuflad i wybieram największą patelnię. Robię ciasto na naleśniki, włączam kuchnię, po czym wylewam część na rozgrzany olej.  Przewracam pierwszego drewnianą łopatką. W tym domu tylko moja mama ma magiczną umiejętność podrzucania naleśników.  Smażę jeszcze kilka, a kiedy są gotowe układam je na talerzu i dekoruję bitą śmietaną. Wlewam wodę do czajnika i robię filiżankę mocnej, gorzkiej kawy. Ustawiam wszystko na drewnianej tacy. Zerkam na chwilę do piekarnika. Rośnij, rośnij skarbie- myślę. Wchodzę po schodach i skręcam w stronę pokoju mamy.  Pukam i w odpowiedzi słyszę ciche mruknięcie. Otwieram drzwi i krzyczę ,,Niespodzianka!”.
-Cześć, kochanie, a co to za okazja?- pyta zaspanym głosem.
-Po prostu wcześniej wstałam.- Uśmiecham się szeroko i kładę mamie tacę na kolanach. Pociąga nosem.
-Mmmm… Już wiem, że przekazałam ci odpowiednie geny, jeśli chodzi o smażenie naleśników.- mówi dumna, a ja gramolę się pod kołdrę z drugiej strony łóżka. Jemy, śmiejąc się i rozmawiając. Jak dwie, najlepsze przyjaciółki, którymi z resztą jesteśmy.  Chciałabym codziennie przeżywać takie poranki. Z pełnymi brzuchami schodzimy na dół. Wyłączam piekarnik i wyjmuję ciasto. Kroję je szybko na mniejsze kawałki i nakładam sobie i mamie. Słodko-kwaśny smakołyk drażni nasze kubki smakowe.  Szczerzę się sama do siebie, bo w tym akurat jestem od niej lepsza. Kiedy ona próbuje coś upiec, zawsze kończy się to katastrofą. Ciszę przerywa dzwoniący telefon. Mama chce go zignorować, jednak mówię, że to może być ważne. Przewraca oczyma i odbiera.
-Halo? Tak.- Chwila ciszy.-Jest pan pewien? Kiedy mamy przyjechać? Rozumiem.- Rozłącza się. Widzę w jej oczach czające się łzy.
-Co się stało?- pytam, chociaż nie jestem pewna czy chcę znać odpowiedź.

-Właśnie przyszły wyniki badań.

***

Hej, publikuję kolejną część miniaturki, mam nadzieję, że się podoba. Przy pisaniu towarzyszyły mi dwie różne piosenki, z dwóch różnych wieków, ale obie uwielbiam tak samo. Straszną frajdę sprawiło mi pisanie sceny między Nathanielem a Zoe oraz sceny pieczenia ciasta.  Ciekawe dlaczego... Stoi w piekarniku, jeszcze ciepłe :3


Pozdrawiam
OwlShadow
PS Droga Alatheo, jak widzisz posiadanie matki-przyjaciółki też może być świetne :D

niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział VII: Ucieczka


Dla Alathei, za to, że jest i pisze takie cudowne, inspirujące rzeczy.

-Momo?!- Usłyszeli głos, dochodzący z domu, który niewątpliwie należał do Kali
-Eee… Wybacz.- Chłopak wzruszył ramionami. Mimo że, gest wyglądał na swobodny, można było wyczuć kryjące się w nim napięcie.
-Nie ma…
-I weź ze sobą Eris!
-Sprawy.- dodała zmieszana dziewczyna i ruszyła za nim przez ogród. Kiedy przekroczyli próg domu Momo stanął jak wryty.
-Nemezis, co ty… Co ty tu do cholery robisz?- rzekł niezbyt zadowolonym tonem.
-Ratuję wam tyłki, jakbyś nie wiedział.- odpowiedziała dumnie i posłała mu wściekłe spojrzenie.- Nie musisz bawić się w grzeczności, przyzwyczaiłam się, że mnie nikt nie dziękuje.
-Och, wybacz. Strasznie się cieszę, że cię widzę, ale z tego co wiem miałaś siedzieć w Sirendis i pilnować Lynn!- ostatnie słowa praktycznie wykrzyczał jej w twarz.
-Ale Królowa przysłała mnie, że bym wam przekazała, że…- zaczęła hardo.
-A co mnie to obchodzi?! Miałaś ją chronić, a nie szlajać się po świecie!- Był niczym wulkan, plujący gorącymi słowami, groźny i absolutnie  nie do powstrzymania.- Tak trudno ci było to zrozumieć?!
-A czy tobie jest tak trudno pojąć, że nic jej nie grozi?! Jest bezpieczna. Mam ci to przeliterować?- Nemezis nie dawała za wygraną.- Spokojnie, tak, twoja siostra jest bezpieczna.- Momo, nadal wściekły, odszedł w kąt, pocierając ze zmęczeniem oczy. Popatrzył przelotnie na Eris i szybko odwrócił wzrok. Złość i bezradność wylewała się z jego ciemnych tęczówek. Nagle dom zatrząsł się w posadach. Szyby w oknach zaczęły pękać. Obrazy spadały ze ścian, a wszędzie panował chaos. Zza pustych okiennic wpadało białe, oślepiające światło. To samo, które Eris widziała w swoim śnie. Była przerażona. Tak jak wtedy. Cokolwiek się działo, modliła się, żeby jak najszybciej się skończyło. Nie panowała nad sobą, łzy spłynęły po jej policzkach, a krzyk  samoistnie wydostał się z ust. Jednak po chwili ucichł, bo  ktoś odciągnął ją w kąt pokoju i zaczął potrząsać nią gwałtownie, błagając by się uspokoiła. To chyba była Nemezis, ale nie potrafiła dokładnie określić, bo łzy, a może po prostu  szok, zamazywały jej cały obraz. Mimo że, szarpała się najmocniej jak potrafiła, dziewczyna okazała się być dużo silniejsza niż sugerował to wygląd. Dookoła nadal panował chaos.
-Co to było?- rzekła drżącym głosem Eris. A trzymająca ją w objęciach brunetka zgromiła Momo  wzrokiem.
-No co?- W porę uchylił się przed spadającym znad okna karniszem.
-Nie powiedziałeś jej, że na nas polują?!
-Uznałem, że lepiej będzie, jeśli dowie się przy okazji.- bronił się zawzięcie chłopak.
-Sam sprowadziłeś tę „okazję” czy tym razem obyło się bez twojej pomocy?- syknęła dziewczyna.- Ciesz się, że mam zajęte ręce.
Do pokoju weszła, obładowana trzema plecakami, Kala.
-Nie patrzcie tak na mnie i tak wzięłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Momo, za ile tu wejdą?
-Dwie- trzy minuty. Przełamują się przez nasze bariery. Nie mamy zbyt wiele czasu, musimy się stąd zwijać.- Wszyscy jakby zapomnieli o spazmatycznie oddychającej Eris.
-Jak? Przecież zaraz całkowicie otoczą dom.- wtrąciła się Nemezis.
-Spokojnie, tylko spokojnie. Na tą okoliczność przygotowałam plan B. Idziemy.- Podnieśli się z ziemi i ruszyli do tylnych drzwi, prowadzących do ogrodu. Przechodzili obok rozłożystego dębu, kiedy Kala raptownie się zatrzymała.- Zaraz, gdzie Eris? Momo, cholera, miałeś jej pilnować!- Ale chłopaka już nie było. Pognał do domu, który z zewnątrz wyglądał równie tragicznie co w środku i pojawił się pół minuty później z nieprzytomną dziewczyną na rękach.
-No cóż… Za bardzo się szarpała.- Nemezis wywróciła oczyma i ruszyła za Kalą w głąb ogrodu. Kobieta uchyliła całkowicie porośniętą bluszczem furtkę. Wyszli na ulicę, przez co stali się łatwym celem. Na szczęście wokół nie było ani żywej duszy. Okazało się, że planem B był zaparkowany dziesięć metrów dalej Land Rover. Kalypso otworzyła szybkim ruchem bagażnik i wrzuciła do niego plecaki, po czym usiadła za kierownicą. Nemezis zajęła miejsce obok, a Momo próbował jak najdelikatniej włożyć, wciąż nieprzytomną, dziewczynę do środka.
-Rusz się, zaraz tutaj…- zaczęła brunetka, ale przerwał jej huk i towarzyszący mu błysk jasnego światła.- Jedź!- krzyknęła do Kali.
-No jedź, kurwa!- wrzasnął chłopak,  zapinając Eris pasami. Samochód wreszcie wytoczył się na jezdnię, jednak kolejne wybuchy sięgały coraz bliżej nich.
-Siedźcie cicho, oboje.-rzekła stanowczym tonem blondynka. Manewrowała między ulicami z taką łatwością, jakby się tu urodziła. Trzy minuty później byli już poza granicami Aboyne, jechali z prędkością co najmniej niedozwoloną, ale w tej chwili przepisy były najmniej ważne. W końcu, jakby nie patrzeć, chodziło tutaj o ich życie.


***

Ciemność. Nic więcej. Przytłaczająca pustka jej umysłu. Smuga światła. Chyba udało jej się otworzyć jedno oko. Ale tylko na chwilę. Znowu nic nie widziała.  Jej świadomość była zamknięta w klatce. Czuła, że zaczyna się w niej dusić.
-Chyba się budzi.- usłyszała głos Momo, który musiał być gdzieś bardzo daleko. Przecież dźwięk był tak odległy, jakby każdy ton dochodził do niej oddzielnie. Ale to nie możliwe. Czuła znajome drgania. Samochód. Gdzieś mnie wiozą. Krzyczała jej podświadomość.- Jakby co, to mam jeszcze jedną dawkę astynoliny.
-Nie, ma być przytomna.- odpowiedziała mu Kala, tak, to na pewno była ona.
-Jak chcesz, ale moim zdaniem to głupi pomysł. Powinniśmy przewieźć ją śpiącą. Jeden problem mniej.
Eris nagle otworzyła oczy i wyprostowała się jak struna. Wciągnęła ze świstem powietrze. Oddychała nienaturalnie szybko, nie mogła na niczym skupić swojej uwagi. Czuła się tak obco we własnym ciele. Krążyła rozbieganym wzrokiem po całym samochodzie, jednak nic nie wydało jej się znajome. Zaczęła się szarpać i miotać, ale coś skutecznie blokowało jej ruchy.  Jak widać,  pasy bezpieczeństwa mają więcej niż jedno zastosowanie. Skołowana wrzeszczała i płakała, nie zdając sobie z tego sprawy.
-No o tym właśnie mówiłem.- rzekł zrezygnowany Momo, chwytając ją w pasie i zamykając w niedźwiedzim uścisku, tak by przestała wierzgać.- Spokojnie, zaraz ci przejdzie.- Spojrzał w jej puste oczy. W odpowiedzi zdzieliła go z całej siły w brzuch. Adrenalina spowodowała, że cios był trzy razy mocniejszy.- Albo i nie.-jęknął chłopak. Brunetka nadal kopała, drapała i próbowała wyrwać się z jego ramion, jednak po minucie bezsensownej szarpaniny opadła bez sił. Mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem.- Co?- zapytał pochylając się nad nią.
-Nienawidzę cię.- szepnęła i z powrotem zapadła w, tym razem naturalny, sen.


***

Trasę, której przebycie zazwyczaj zajmowało czterdzieści- pięćdziesiąt minut oni pokonali w pół godziny. Kala nie tylko świetnie orientowała się w terenie, ale po prostu musiała być przygotowana na taką okoliczność. Zatrzymali się dopiero w Aberdeen, gdzie wysadziła Nemezis pod centrum handlowym.
-Kup jej zimową kurtkę, ma być jasna, lepsze buty, czapkę, szalik i co tam jeszcze potrzebne. Jedzenie mam.- powiedziała, wciskając brunetce do ręki plik banknotów.- Powinno starczyć. Masz godzinę. Ja jadę na lotnisko. Spotkamy się tutaj.- Dziewczyna kiwnęła głową i szybkim krokiem oddaliła się w stronę wejścia do budynku. Kalypso odjechała zaraz po niej.


***

Mieli samolot za trzy godziny. Trzy, niemiłosiernie długie godziny.  Jednak lot do Turynu pasował idealnie.
„Żebyśmy tylko zdążyli. Jeśli dopadną nas na lotnisku, to koniec. Nie możemy tutaj bezczynnie siedzieć. "-Blondynka biła się z myślami. Kupiła już bilety, więc musieli stąd jak najszybciej zniknąć.
-Idziemy.-rzuciła do Momo. Zostawili śpiącą Eris w samochodzie, dla jej dobra. Jeśliby ją znaleźli…  Nawet nie zdążyłaby mrugnąć, a już by nie żyła. Kiedy dotarli na parking, Kala przeczuwała, że gdy dziewczyna się obudzi, będą mieli problem. I jak zwykle nie myliła się.

***

            Była wściekła, oszukana i bezradna. Zamknęli ją w aucie, jak jakiegoś psa. Jak oni sobie to w ogóle wyobrażali? Że co? Że pojedzie z nimi od tak, nie wiadomo gdzie? A co z jej rodzicami? Chociaż nawet nie wiedziała, kim dla niej tak naprawdę byli. Co nie zmieniało faktu, że powinna po nich wrócić. Po prostu musiała, przecież oni ich zabiją. Po tym co zrobili z domem Darkwoodów? Usłyszała zbliżające się kroki, więc skuliła się na siedzeniu, chowając twarz we włosach. Drzwi z przodu otworzyły się, a do środka wsiadła Kalypso. Brunetka odetchnęła z ulgą.
-Musimy wracać, moi rodzice… Oni ich…
-Nie.-odpowiedziała kobieta spokojnie, nawet się do niej nie odwracając.
-Ale… oni… Ja… Musimy po nich wrócić! Oni zginą!
-Głupia dziewucho! Czy ty nie rozumiesz, że jak tylko się tam pojawisz, zginiesz na miejscu? A my razem z tobą!- Nareszcie spojrzała Eris w oczy. Jednak ten  wzrok nie był ani łagodny, ani delikatny jak zawsze. Takiej Kalypso nigdy nie widziała i widzieć nie chciała.- Twoim rodzicom nic nie grozi. Chroni ich prawo Sirendis i nic nie może im się stać. Więc się uspokój. Za niecałe trzy godziny mamy samolot do Turynu.
-Ale… Tak nie… - Nie kończąc, wysiadła z samochodu. Chciała uciec jak najdalej od nich. Miała tego serdecznie dosyć, już wolała swoje stare, nudne życie. Trzasnęła drzwiami i wpadła prosto na Momo, który jakby czekał, na to, kiedy będzie próbowała im zwiać. Był za blisko, zdecydowanie za blisko. Chciała trochę się cofnąć, ale pod plecami miała zimną blachę samochodu. Chwycił jej twarz w dłonie i popatrzył w oczy.
-Uspokój się, wszystko będzie dobrze, słyszysz?- powiedział poważnym tonem. Mimo, że wciąż miała ochotę uciekać i wrócić jak najszybciej do domu, trochę ochłonęła. Wzięła kilka głębokich oddechów i spojrzała na niego.  Uśmiechnął się szczerze i pocałował ją w czoło.- Duża dziewczynka.
Znowu trzasnęły drzwi i z Land Rovera wysiadła Kala. Rzuciła szybkie spojrzenie chłopakowi i rzekła ostro do Eris:
-Chcesz przeżyć?
-Tak…- rzekła drżącym głosem dziewczyna.
-Więc rób co mówię i nie próbuj działać na własną rękę.


***

Po odebraniu obładowanej zakupami Nemezis i wpakowaniu wszystkiego do bagażnika nadal zostały im niecałe dwie godziny.  Wszystko okropnie im się dłużyło. Z jednej strony chcieli być na lotnisku jak najpóźniej, ale z drugiej woleli mieć to wszystko dawno za sobą. Godzinę przed lotem byli już na miejscu pozałatwiać wszystkie sprawy związane z odprawą. Kala naprawdę była przygotowana na każdą okoliczność, bo dla każdego z  nich miała fałszywy paszport. Według niej byli szczęśliwą rodzinką jadącą na późne wakacje w Alpy.  O dziwo przeszło. Uśmiechnięta od ucha do ucha Nemezis i dogryzający jej Momo świetnie wpasowali się w ten obrazek. Jedynie Eris stała z boku przygaszona, wciąż nie mogąc przełknąć prawdy, która chwilę wcześniej do niej dotarła. Być może nigdy więcej nie zobaczy swoich rodziców. Ani znajomych. Nawet nauczycieli nie będzie jej już pewnie dane zobaczyć.
-Ale najbardziej martwię się o Alice.- usłyszała głos Kalypso, mówiącej do kobiety siedzącej za szybą i wskazując na Eris głową.- Ponad miesiąc temu rzucił ją chłopak, do tej pory się nie pozbierała. Potrzebne jej są te wakacje. Ale chyba jak każdemu z nas.- jej rozmówczyni pokiwała głową i spojrzała na brunetkę ze współczuciem. Oddała Kali paszporty, do których dołączyła druczki potrzebne do wpuszczenia ich na pokład. Bagaże oddali już wcześniej. Kontrolę wykrywaczem metalu także przeszli pomyślnie. Również Kala, która nawet w tej chwili miała przy sobie nóż. Jeszcze w Sirendis nałożono na niego tyle czarów i warstw ochronnych, że był już odporny na tego typu testy. Kiedy pozwolono im wejść na pokład, odetchnęli z ulgą. Siedzieli w parach, Kala z Nemezis, a Momo z Eris. Dziewczyna nie wiedziała już co ma o nim myśleć. Z jednej strony ciągle był aroganckim dupkiem, ale z drugiej… Przecież cały czas chciał dla ciebie dobrze, opiekował się tobą. Mówił cichy głosik w jej głowie. Jednak to nie było w tej chwili najważniejsze, bo startujący samolot oznaczał, że właśnie udało im się uciec.

***

Witam, planowałam dodać dziś rozdział, no i jest. Przyznaję, długość (całe 6 stron!!!) nie była planowana, tak jak niektóre fragmenty. Teraz się domyślajcie które :D Mimo że pierwszy utwór jest bez słów, uważam, że dobrze oddaje atmosferę tego rozdziału.  Dużo się dzieje i mam nadzieję, że Wam się podoba, jeśli nie to także proszę o komentarz!
Pozdrawiam
OwlShadow



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Prezent od Przyjaciela cz.1


Dla mojego najlepszego, najwierniejszego Przyjaciela, dziękuję, że jesteś.

Unoszę powieki. Wszystko zlewa się w oślepiającą, białą plamę. Nie wiem czy to promienie słoneczne, wpadające przez okno do mojego pokoju, czy błyski lamp, wiszących wysoko nade mną w sali operacyjnej. Nie umiem już ich rozróżnić. Powoli tracę kontakt z rzeczywistością. Czuję się jak dziecko rzucone na głęboką wodę, które cały czas skupia się na tym, że nie chce utonąć zamiast spróbować znaleźć sposób na dotarcie do brzegu. Tak naprawdę podjęło już decyzję. Wie, że szanse na ocalenie są minimalne. Jednak gdzieś w głębi serca czuje, mały, ale żywy płomyk nadziei. Że ktoś nauczy je pływać.
Po chwili poznaję białą pościel i niezbyt wygodny materac szpitalnego łóżka. Kołdra praktycznie zlewa się z leżącą na niej ręką. Blada, cienka jak papier skóra dłoni, mająca na celu ukryć siatkę błękitnych żył, tylko je uwydatnia. Przykrywam ją szczelnie, bo nie mogę już na nią patrzeć. Słyszę zgrzyt otwieranych drzwi, więc odwracam głowę. Do pokoju wchodzi mama, trzymając parujący kubek kawy. Zapewne podwójne espresso ze Starbucksa. Kiedy byłam w lepszej formie często tam chodziłyśmy.
-Cześć, kochanie. Wreszcie się obudziłaś.- Podchodzi i delikatnie całuje mnie w czoło.- Zgadnij co ci przywiozłam.- Patrzę na nią wyczekującym wzrokiem. Czyżby kolejna rodzinna fotografia? A może tym razem zegarek, który zazwyczaj stoi na moim biurku i udaje, że naprawdę odmierza czas, a w rzeczywistości zatrzymuje się kiedy ma ochotę. W każdym bądź razie przekaz był jasny: Jeszcze trochę tu zabawisz, więc zrobię co w mojej mocy, abyś poczuła się tu jak w domu.
-Nie mam pojęcia.- Mimo że mam swoje podejrzenia, chcę sprawić mamie jak największą radość. Jednak kiedy wyciąga z dużej, czarnej torebki ostatnią rzecz jakiej się spodziewałam na twarzy gości mi autentyczny, szeroki uśmiech.
-Pan Przytulas! Mamo, gdzie go znalazłaś?- pytam szczerze ucieszona. To naprawdę wyjątkowy prezent. Nie widziałam tej, niegdyś ulubionej, przytulanki od dobrych kilku lat.
-Był na strychu i siedział, jakby czekał, aż po niego przyjdziesz.
- Myślę, że jeszcze trochę by poczekał…- Uśmiecham się pod nosem. Jednak znów poważnieję, kiedy zbieram się na odwagę, żeby zadać jedno ważne pytanie .- Kiedy mnie wypisują?
Zmartwiona mina mamy nie wróży nic dobrego.
-Nie mam pojęcia, kochanie. Na przyszłość powinnyśmy być ostrożniejsze. Musisz pilnować, żeby się tak nie odwodnić.- Nerwowo zerka na zegarek.
-Która godzina?- pytam.
-7:45.
-Musisz iść do pracy, prawda?- Niechętnie kiwa głową.- Miłego dnia…
Kiedy już otwiera drzwi mówię:
-Mamo?- Odwraca się i patrzy na mnie łagodnie.
-Tak?
-Kocham Cię.- Uśmiecha się rozczulona i odpowiada:
-Ja Ciebie też.- Po czym mruczy pod nosem:
-Najbardziej na świecie…

***

            Całe dnie spędzam na leżeniu, czytaniu książek, badaniach, leżeniu, kolejnych badaniach, połykaniu tabletek i ponownym bezczynnym leżeniu. Mama odwiedza mnie kiedy tylko może. Z czasem przestała przynosić rzeczy z domu, a to chyba dobry znak. Mam nadzieję, że niedługo mnie stąd wypuszczą. Jeśli nie, to zwariuję, jak nic. Chyba znowu powinnam iść spać. Przynajmniej to jest plusem długiego pobytu w szpitalu- nareszcie mogę się porządnie wyspać.  A jako przykładny przedstawiciel grupy osób chorych na przewlekłą białaczkę szpikową takich okazji miałam już wiele. Jutro minie 3 i pół roku odkąd wykryli u mnie chorobę. Drugą korzyścią jaką mam z tego, że tu wylądowałam jest to, że nie muszę robić kolejnych, męczących badań profilaktycznych, bo zaliczyłam je od razu na wstępie, kiedy mnie przywieźli. W tych badaniach chodzi tak naprawdę o to, żeby stwierdzić czy rozwój białaczki osiągnął nowy poziom, czy jeszcze nie. Można powiedzieć, że jak dotąd utknęłam w fazie pierwszej, co jest błogosławieństwem. Jednak nie znam jeszcze nowych wyników, a zegar tyka. Wiem, że moje rokowania nie są najlepsze, ale staram się nie myśleć o najgorszym. Dni płyną, a ja odliczam czas do nieustalonego terminu wypisania mnie ze szpitala.

***

            Kiedy wreszcie przyszedł ten upragniony dzień, w którym dr Mallon oznajmia, że mój stan jest stabilny i mogę wrócić do domu, omal nie rzucam się jej na szyję z radości (zważając na to, że z mojego ciała wystaje mrowie rurek, szybko rezygnuję z tego pomysłu). Gdy wychodzi, mama pomaga mi się pakować. Widać, że odetchnęła z ulgą i cieszy się razem ze mną.
Po opuszczeniu szpitala mogę wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem. Cudowne uczucie. Idę za mamą do samochodu, przechodzę przez ulicę, na parking po drugiej stronie. Gdy wchodzę na chodnik, czuję silne uderzenie w lewe ramię, tracę równowagę i ląduję na zimnej, mokrej kostce brukowej.
-Cholera jasna!- warczę zdenerwowana. Widzę pochylonego nade mną chłopaka, ma blond włosy i niezbyt ciekawy wyraz twarzy. Podaje mi dłoń, a ja niechętnie ją przyjmuję.- Uważaj jak idziesz.- Chłopak w odpowiedzi gestykuluje coś zawzięcie. –Och…- wzdycham, nagle rozumiejąc. Rozmawiam z niemową.
-Przepraszam, ale nadal powinieneś uważać jak chodzisz.- Kiwa głową i uśmiecha się pod nosem. Miga coś, co moim zdaniem również wygląda na przeprosiny.
-Nic się nie stało.- odpowiadam grzecznościowo, ale on kręci przecząco głową. Po czym pokazuje to samo, tylko 3 razy wolniej.- Ty? Zapraszasz? Mnie? Na kawę?- mam ochotę się szczerze roześmiać.- No nie wiem…- Chłopak patrzy się na mnie wyczekująco. No i co ja mam zrobić? Nie wiem, więc robię to, co mi serce podpowiada- zgadzam się.- Tutaj?- Przytakuje.- Jutro? O tej samej porze?- Powtarza gest. Ja natomiast kręcę z niedowierzaniem głową. W co ja się wpakowałam?- No to do jutra.
Chcę już iść, ale blondyn łapie mnie za ramię  i pyta na migi, z tego co zrozumiałam, jak mam na imię.
- Zoe, a ty?- Unoszę jedną brew, ciekawa jak mi to pokaże. On jednak tylko kręci głową i miga, że jutro. Przewracam oczyma i, tym razem skutecznie, odchodzę w kierunku parkingu. Na moje nieszczęście mama przygląda nam się od kilku dobrych minut. Wsiadam do samochodu.
-No co?- pytam lekko zażenowana.
-Ależ nic.- rzuca ironicznie, przekręcając kluczyki w stacyjce.- Znasz go?
-Już tak.- Próbuję ukryć uśmiech, jednak chyba słabo mi to wychodzi, bo mama chichocze pod nosem.- To nie jest śmieszne. Jestem z nim umówiona jutro o wpół do jedenastej.
-No, no, no. A pozwolił ci ktoś?
-Mamo, proszę cię. Mam te swoje 17 lat.
-I co z tego? Ja ciągle jestem od…- zaczyna, jednak widząc moje spojrzenie mięknie.- No, żartuję przecież. Więc to randka?
-Nie… Raczej, hmm, towarzyskie spotkanie.
-Czyli randka.
Uśmiecham się szeroko. Kocham moją mamę.

***

Leżę wyciągnięta na łóżku i staram się schwytać choćby skrawek snu, zanim obudzę się na dobre. Mimo to, otwieram oczy i przypominam sobie co mnie dziś czeka.  Spoglądam na zegarek. To działa jak skoncentrowana dawka kofeiny podana prosto dożylnie. Zrywam się na nogi.
-Cholera! Czy ja wszędzie  muszę przychodzić spóźniona?
Bo to, że nie zdążę na czas było jak w banku. Mam nieco ponad godzinę, a jeszcze muszę dojechać. Ubrana w zwykłe jeansy oraz beżowy sweter zbiegam na dół po schodach i wpadam do kuchni. Mama rozkłada talerze i smaży naleśniki. Kradnę jej jednego, ryzykując "dostanie po łapach" i jem tak szybko, jak tylko potrafię.
-Dzięki, mamo!- krzyczę i pędzę do łazienki, chociaż spróbować upodobnić się do człowieka. Myję zęby, smaruję twarz kremem ochronnym i rozczesuję włosy, które zaczęły w końcu odrastać, mimo kilkunastu chemioterapii. Już chcę, wyjść, kiedy mój wzrok zatrzymuje się na tuszu do rzęs. Nie mam zbytnio czasu, jednak… Może to próżność, ale co tam.
Zakładam buty i prawie wybiegam z domu.
-Zoe! Kurtka!- zawracam, całuję mamę w policzek i biorę od niej tę nieszczęsną kurtkę.
-Dzięki.

-Powodzenia, skarbie.- szepcze.


***

Wracam po 5 tygodniach z nową miniaturką, powstałą właśnie dzięki mojemu Przyjacielowi i dla Niego. Jednak chcę się nią z Wami podzielić. Jest dla mnie bardzo wyjątkowa,  to dopiero 1. część i mam nadzieję, że Wam się podoba. Proszę o komentarze, są dla mnie szczególnie ważne.