sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział VI: Komplikacje

Tear me down
Tell me I don't need to fear
Tell me now
Tell me somebody's near
~~~
It's raining now
It's raining on someone's fears
Raining down

I've heard the rain is the city's tears


Siedziała obok niego i dziwiła się samej sobie, że jeszcze się nie rozpadła. Jej psychika była niczym porcelanowa lalka zrzucona z czwartego piętra.  Eris ciężko było sobie wyobrazić, że cokolwiek i kiedykolwiek będzie takie samo. Dopiero po chwili dotarł do niej sens słów Momo. To, że jej matka była, jak on to ujął, Królową oznaczało, że ona jest Księżniczką. Jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiało. Która dziewczynka nie marzyła o tym jako brzdąc? Która nie śniła o tym jakby to było żyć w wielkim zamku, poślubić księcia z bajki i żyć długo i szczęśliwie? Teraz jej piękne, dziecięce mrzonki przypominały koszmar, przekleństwo, złośliwe wypaczenie najczystszych marzeń. Mimo, że nie do końca rozumiała kim jest, a jej świat w kilka dni stanął na głowie, nie patrząc, czy się jej to podoba, czy nie przeczuwała, że od tej pory towarzyszyć będą jej mrok, rozpacz i wojna. Setki pytań kotłowały się w jej głowie, domagając się odpowiedzi. Niczym stado kolibrów, otaczających jeden kwiat starały się przepchać jak najbliżej. Jedno z nich okazało się najsilniejsze i skosztowało słodkiego nektaru odpowiedzi.
-Po co to wszystko, czemu wychowałam się tutaj, z moimi… Z Caroline i Robertem zamiast z… prawdziwą matką?- rzekła, chociaż słowa ledwo przechodziły jej przez gardło.- Nie chciała mnie?
Chłopak prychnął ni to oburzony, ni  rozczulony.
-Nie, Eris. Nyks kochała cię całym sercem, nigdy nie oddałaby cię z własnej woli.- pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
-Więc co się stało?
-Zacznijmy od tego, że nasza planeta miejscami wcale  nie jest taka, jaką ją znasz. Powierzchnia Ziemi jest jak materiał- w niektórych miejscach zmarszczony, pofałdowany. Kiedy zawinie się w znaczny sposób powstaje, coś w rodzaju kieszeni. Takich anomalii nie ma zbyt wiele, najczęściej występują w wysokich górach. Jest Sześć Głównych Wrót, które umożliwiają wejście do Sirandis. Najważniejsze i bezpośrednie znajduje się we Włoszech, w Alpach reszta to tylko przejścia prowadzące z innych kontynentów. – rzekł i poczekał chwilę dając jej szansę, żeby to przetrawić. Kiedy kiwnęła głową, że mniej więcej rozumie, kontynuował.- Sirandis  jest jednak podzielone, zawsze było. Ciemność i Blask, Woda i Ogień , Północ i Południe. Wieczna wojna, od czasu do czasu przerywana rozejmami. Jeden z nich nastąpił po twoim urodzeniu. Twoja matka przegrała bitwę. Wszyscy myśleli, że zginą, nie było już nadziei. Blask przyćmił Ciemność. Nic nie mogliśmy zrobić. Jednak Aurora, Królowa Światła, podjęła inną decyzję. Zaproponowała nam łaskę. Ale i to miało swoją cenę. Nyks miała wybór- zatrzymać cię przy sobie i wystawić swoich poddanych na rzeź albo oddać cię do świata ludzi i ocalić swój lud. Nigdy nie zapomniała tej satysfakcji w głosie swojej siostry, gdy ta wypowiadała wyrok.- Eris stanęła przed oczami wizja Białej Sali i dziwnych, niezrozumiałych wtedy słów, które nagle zaczęły nabierać sensu.- Twoja matka musiała cię oddać, aby nas ratować. Poświęciła siebie i ciebie. To był najdłuższy pokój jaki zawarliśmy. Aurora sama zajęła się ukryciem ciebie, a my nie mogliśmy cię szukać, pod groźbą odnowienia wojny, która i tak później wybuchła… Dlatego cię potrzebujemy, ale i sama Nyks nie jest w stanie normalnie funkcjonować od kiedy cię straciła. W końcu, każda matka kocha swoje dzieci…
-Ale… przecież, wy… Jak mam wam pomóc, skoro jesteście źli? Czego ode mnie oczekujecie?  Że będę walczyć w nie swojej wojnie? I to w dodatku nie po tej stronie co trzeba?- zapytała z goryczą w głosie, która sprawiła, że Momo zgarbił się, jakby zrzuciła na jego barki ciężar wypowiedzianych właśnie słów.- Popatrz na mnie…
Chłopak uniósł głowę, a w tym momencie coś w niej pękło, to wyraz jego oczu złamał część jej duszy. Smutek i żal wypełniały czarne jak węgiel tęczówki. Przysunęła się bliżej niego .
-Nic nie jest takie, jakie się wydaje, co?

***

Trwali od kilku minut  w niezmąconej ciszy, a żadne z nich nie chciało zburzyć niepisanego rozejmu, jaki zawarli, zbędnym słowem. Aż w końcu, jak zwykle z resztą, Eris nie wytrzymała i wprost musiała zadać nurtujące ją pytanie.
-Skoro żadna ze stron nie jest całkowicie zła albo całkowicie dobra, to od czego to zależy? Skąd wiesz, do której należysz?
-Hmmm… Pewnie zwróciłaś uwagę na nasze dziwne imiona, prawda?- dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem w geście potwierdzenia.- Są one przekazywane z pokolenia na pokolenie. Kiedy ktoś umiera, inna osoba dostaje jego imię. Jednak to, do której strony należysz nie zależy wcale od rodziny, w której się urodziłeś. Gdy rodzi się dziecko, Mojry ogłaszają przepowiednię, która pozwala określić jaki przymiot posiadać będzie w przyszłości.- tłumaczył jej powoli.
-Przymiot?
-Specyficzny talent, który ujawnia się dopiero w szesnaste urodziny i tak jak imię, które także odzwierciedla przymiot, przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. – powiedział, z samozadowoleniem myśląc o własnym. Mimo że, czasem marzył o posiadaniu innego, w głębi serca czuł się dobrze z tym, kim był oraz co potrafił.-  Wracając do przepowiedni, jeśli dziecko urodzi się w rodzinie, gdzie większość osób stoi po stronie Ciemności, a przepowiednia mówi, że jego zdolności tu nie pasują, matka musi oddać dziecko do innej rodziny. Nie zawsze tak jest, ale często się to zdarza.
-A ty? Jak było z tobą?- ciekawość w głosie Eris spowodowała, że choć trochę się uśmiechnął.
-Zawsze byłem i zawsze będę po tej gorszej stronie.

***

Kalypso od zawsze miała niebywałą zdolność do przeczuwania, że coś jest nie tak. Po prostu wiedziała i nigdy się nie myliła. Niestety. Otworzyła czarną, żelazną furtkę. Ze zdwojoną czujnością przemierzyła ogródek, weszła po schodach i zatrzymała się przed drzwiami. Próbowała mentalnie przygotować się do możliwej walki. Szkolenie jakie otrzymała, jak z resztą każda czarownica i każdy mag, było świetne, ale wiedziała, że nie zawsze wystarcza. Najwięcej wiedzy zdobywa się przez doświadczenie, jedni mają szansę, by je zdobyć inni giną bez niego. Tak to już bywa  na wojnie. Zaczerpnęła tchu i delikatnie uchyliła ciemne, drewniane drzwi. Jej zdolności nie do końca przydawały się w walce, bo nie wiele mogła zdziałać za pomocą  dostrzegania, po której stronie stoi jej przeciwnik. Jej tak zwane trzecie oko pozwalało określić po aurze na ile dana osoba przepełniona jest Blaskiem lub Ciemnością. Bywało to przydatne, jednak nijak nie dało się tego wykorzystać w dalszej walce. Pozwoliła sobie na chwilę nie uwagi i dopuściła swój przymiot do głosu. Minusem tego talentu było to, że gdy zaczynała patrzeć przez pryzmat aury jej zmysł normalnego, ludzkiego wzroku gasł i wyłączał się całkowicie. Z pewnością ktoś był wewnątrz domu, jednak grube ściany nie pozwoliły jej dojrzeć, czy to wróg, czy też nie. Zdecydowała, że zaryzykuje konfrontację, bo czy miała inne, sensowne wyjście? Weszła powoli do środka i na wszelki wypadek wyjęła nóż, z którym nigdy się nie rozstawała. Dotarła na koniec korytarza, po czym odważyła się wyjrzeć zza rogu.
-Ciociu, błagam skończ te podchody. To tylko ja.- powiedziała zakapturzona postać siedząca przy jej kuchennym stole, znajomy głos uspokoił nieco kobietę, ale nie przekonał jej do końca. Lecz kiedy intruz odrzucił materiał do tyłu, ukazując ciemne pukle włosów okalające, dziewczęcą twarz i bystre, niebieskie oczy Kalypso podbiegła do dziewczyny i wzięła w objęcia.
-Nemezis- szepnęła w jej  włosy - co ty tutaj robisz? Tyle cię nie widziałam.
-Mam ważne informacje, przysyła mnie Królowa.- rzekła poważnie błękitnooka.
-Powinni byli wysłać kogoś bardziej doświadczonego, nie ciebie…- powiedziała z goryczą głosie. Nawet jeśli Nemezis poczuła się urażona tym protekcjonalnym tonem nie dała tego po sobie poznać.- Przeprawa tutaj to niebezpieczne zadanie, miałaś po drodze jakieś trudności?
-Alpy to niezbyt przyjemne miejsce, ale to jedyne przejście w Europie. Z Włoch przyleciałam samolotem. Nie spotkałam nikogo z naszych, żadnego z tamtych również. Wydaje mi się, że w drugą stronę nie będzie już tak łatwo.
-Co masz na myśli?- zapytała, z niepokojem marszcząc brwi.
-Oni już wiedzą, ciociu. Wiedzą, że przeprawiliście się przez góry i szukacie dziewczyny. Nie umiem powiedzieć czy już was namierzyli, czy jeszcze nie.- pokręciła ze zrezygnowaniem głową.- Musimy stąd uciekać, z nią czy bez niej.
-Ale oni i tak ja znajdą. Nie uda nam się zatrzeć wszystkich śladów. Nie możemy zostawić tu Eris.-rzekła zdenerwowana kobieta.

-Wiem, ciociu, wiem. – westchnęła dziewczyna.- Pat.


***

Witajcie, w ten piękny, lekko pochmurny dzień publikuję rozdział siódmy. Mam nadzieję, że wam się spodoba, akcja staje się coraz bardziej zagmatwana.  NAKARM WENĘ, ZOSTAW KOMENTARZ, czyli standard :D
Pozdrawiam
OwlShadow


piątek, 20 czerwca 2014

Miniaturka: Błąd

Czy czułaś się kiedyś pusta? Wyzuta z wszelkich uczuć, porzucona? Jak lalka, która dawno już straciła swą duszę, bo przestano się nią bawić , jak książka bez stron, jak rama bez obrazu. Jakby pozostało tylko samo bezwartościowe opakowanie…
Czy znasz to uczucie, gdy bezsilnie patrzysz, obserwujesz jak najważniejsza, najpiękniejsza i najcenniejsza część ciebie zostaje ci zabrana, perfidnie wyrwana. Przez kogoś, kogo dobrowolnie i bezmyślnie wpuściłaś do swojego serca, kogoś komu ufałaś? A on cię wykorzystał. Wiele osób cię przed nim ostrzegało, ty sama też się go bałaś. A jednak dałaś się podejść jak pięciolatka. Bezlitośnie, bez skrupułów ukradł ci duszę i serce, pozostawiając ziejącą smutkiem i rozpaczą dziurę. Ranę bolesną i głęboką.
To był mój błąd.
Zaufałam Diabłu.



***


Miniaturka napisana bardzo dawno temu, znaleziona stosunkowo nie dawno. Wahałam się czy opublikować ją tutaj. Bardzo proszę każdego, kto tutaj zagląda, żeby skomentował, zostawił po sobie jakiś ślad.
Pozdrawiam,

OwlShadow

sobota, 7 czerwca 2014

Rozdział V: Bez uczuć

My z II połowy XX wieku 

Rozbijający atomy 
Zdobywcy kosmosu 
Wstydzimy się miękkich gestów 
czułych spojrzeń 
ciepłych uśmiechów 

Kiedy cierpimy wykrzywiamy 
ironicznie wargi 
Kiedy przychodzi miłość 
wzruszamy pogardliwie ramionami 
Silni, cyniczni z ironicznie 
zmrużonymi oczami 

Dopiero późną nocą 
przy szczelnie zamkniętych oknach 
gryziemy z bólu ręce 
umieramy z miłości.

             Małgorzata Hillar


             Każde wypowiadane przez niego słowo jest niczym odłamek szkła, który utkwił ci pod skórą i za nic w świecie nie jesteś w stanie go wyjąć. Co gorsza, ktoś na siłę próbuje pomóc mu wydostać się na zewnątrz, sprawiając ci przy tym ból, taki wielki, że prędzej rozszarpiesz na kawałki własne ciało niż pozwolisz dłużej to ciągnąć. Mimo, że zaciskasz zęby i słuchasz dalej, czujesz, że zaraz nie dasz rady i powiesz po prostu: Dość.   Eris przymknęła powoli powieki, starając się opanować nerwowe drżenie dłoni, zaciśniętych kurczowo w pięści oraz głuche uderzenia serca. Ostatnim czego spodziewała się po tym chłopaku to tego, że po prostu, od tak ją wykpi. Zbędzie, żartując z niej i obrażając. Aż gotowała się z wściekłości. Za wiele bowiem doświadczyła wyzwisk i wyśmiewania, żeby puścić mu płazem coś takiego. Słowo ,,czarownica” przelało kielich goryczy i gniewu. Uniosła rękę i z całej siły spoliczkowała blondyna. Nie po to tutaj przyszła. Wysłuchiwać jakiś bajek o magii, smerfach czy księżniczkach. Momo podniósł na nią swój zaskoczony wzrok. Od kości policzkowej do kącika ust ciągnęła się czerwona plama idealnie pasująca do kształtu jej dłoni. Z niezrozumieniem wypisanym na twarzy starał się znaleźć w jej czarnych oczach odpowiedź na swoje nieme pytanie: Dlaczego? Jednak ujrzał tam tylko jedno. Rozczarowanie.
***
             Zamierzała odwrócić się na pięcie i tak po prostu stamtąd odejść. Chciała uciec, zostać sama i postawić dookoła siebie mur, który chroniłby ją przed innymi, jak zawsze z resztą. Po każdym niepowodzeniu, każdej porażce czy rozczarowaniu zamykała się w sobie. Była istną bombą zegarową, gromadzącą w sobie niewyobrażalne pokłady emocji i nie okazanych nigdy uczuć. Czasem przychodziły takie chwile, kiedy następowała eksplozja, której detonatorem mógł być każdy. Czuła jak wzbiera się w niej potężna fala, niszcząca wszystko na swojej drodze. Nie potrafiła tego powstrzymać, a może nigdy naprawdę nie próbowała… Odwróciła głowę, aby za wszelką cenę uniknąć jego palącego wzroku. Zrobiła krok do tyłu, chcąc jak najszybciej się wycofać. Spięła się cała, kiedy poczuła delikatny uścisk dłoni Momo na swoim ramieniu. O nie. Wiedziała, że jest już na straconej pozycji.
-Eris, ja mówię serio, uwierz, mi do cholery! Po co miałbym zmyślać? Pomyśl logicznie, słyszałaś rozmowę w ogrodzie. Zrozum…- potarł nerwowym ruchem powieki.- Nie wiem jak ci to inaczej wytłumaczyć. – Szczerość w jego głosie podziałała niczym katalizator. Zegar przestał obowiązywać. Bomba wybuchła.
***
              Widział, że dziewczyna uparcie stara się wygrać ze łzami zbierającymi się pod jej powiekami. Odwróciła wzrok, z nadzieją, że on nie dostrzeże bólu i niedowierzania ukrytego za zasłoną rzęs. Nie wiedział co ma robić, chciał ją pocieszyć, dać do zrozumienia, że nie jest sama. Jego ręka zawisła w połowie drogi od jej kruczoczarnych włosów. Opuścił ją jednak zrezygnowany. Było widać na pierwszy rzut oka, że Eris go nie cierpi. Zresztą, co go to obchodziło? Nic go z nią nie łączyło, więc czemu miałby się tym wszystkim przejmować? Należało powiedzieć jej to szybko, może i okrutnie, ale dla niego bezboleśnie. To tak jakby oderwać plaster- im dłużej to trwa tym większy odczuwasz ból. Jednak, z uczuciami nie zawsze tak jest. Czasem gwałtownie zadane rany goją się znacznie dłużej niż te, na które jesteśmy przygotowani. Przygarnął do siebie dziewczynę opiekuńczym ruchem. Obiecał sobie, że przełknie gorycz upokorzenia, jeśli go odepchnie. Ona o dziwo stała spokojnie, ułożywszy głowę na jego barku starała się rozluźnić i zapomnieć o tym, że traci kontrolę nad swoim dotychczasowym, wygodnym życiem. I stali tak: nadzy, obdarci z dumy i jakichkolwiek uczuć.
***
-I co teraz? Jak to wszystko będzie wyglądać?- siedziała obok Momo z głową opartą o jego ramię, z wzrokiem utkwionym w swoją ulubiona magnolię za płotem.- Mam zdjąć swoją starą, czarną pelerynę ze strychu? I kiedy zabierzesz mnie na Pokątną?- zapytała udając śmiertelnie poważną. Chłopak zaśmiał się krótko, ale momentalnie poważniał, słysząc kolejne pytanie.- I kto jest Voldemortem?
 -To nie takie proste, Eris. Ten świat to nie książka, a ciebie nie czekają wspaniałe przygody. Trwa wojna, na której czasem sam nie wiesz, czy stoisz po właściwej stronie. Nie chcieliśmy cię w to mieszać, ale nie mamy wyboru. Jesteś nam potrzebna.- westchnął cicho, jakby bał się, że ktokolwiek go usłyszy.
 -Nam? Kto jeszcze w tym siedzi?- odpowiedziało jej znaczące spojrzenie Momo.- Wszyscy? Czy moi rodzice…
-Nie, nie wiedzą. No. Jest jeszcze jedna sprawa. Tak naprawdę… To nie są twoi prawdziwi rodzice.- Eris gwałtownie zbladła i zwiotczała. Chociaż nie straciła przytomności, to osunęła się po jego ramieniu jak bez życia.- Hej, hej, spokojnie, oddychaj… To, że nie są twoimi biologicznymi rodzicami nie znaczy, że cię nie kochają, oni nawet nie wiedzą, że tak jest. Uważają cię za swoją rodzoną córkę.- powiedział uspokajającym tonem.
 -J-jak to? Przecież to niemożliwe…
-Zmodyfikowali im pamięć, wszczepili wspomnienia związane z porodem i ciążą. Dary niektórych z nas na to pozwalają. Jednak wymaga to wiele trudu.
-Więc, kim są moi rodzice?
-Matka, twój ojciec nie… nie żyje. Kim jest? Bo widzisz, to nie takie łatwe… Twoja matka to nasza Królowa.

***

 Witam, dluga zwlekałam z tym rozdziałem, ale wybaczcie... Poprawianie ocen było dla mnie priorytetem. Mam nadzieję, że rozdział się podoba i proszę o komentarze (SKOMENTUJ, NAKARM MOJĄ WENĘ!) :D
OwlShadow



sobota, 10 maja 2014

Rozdzial IV: Głęboka woda

,,There’s no remedy for memory”
Lana del Rey

Czasem ma się takie wrażenie jakby całe nasze istnienie, wszystkie myśli i emocje zostały wyrzucone w otchłań. Nicość tak ogromną i przerażającą, że gdy w niej tkwisz nie pozostaje ci nic poza bezczynnym przyglądaniem się tej samodestrukcji. Jest tylko pustka- wyrwa w sercu zionąca cierpieniem i rozpaczą. Jeśli szybko nie wypełni się jej czymś dobrym, to człowiek sam zaczyna przypominać wielką, czarną dziurę, pochłaniającą całe szczęście tego świata. Coś takiego niszczy ludzi, odbiera im światło i jakąkolwiek chęć do życia. Pozostają szarzy, zaraz po przebudzeniu wkładający maskę wyćwiczonego uśmiechu. Będąc w zawieszeniu między życiem a śmiercią brną przez życie dobijani kolejnymi porażkami. Eris doświadczyła tego stanu tylko raz. Zaraz po tym jak otrzymała wiadomość była przekonana, że jakaś część niej umarła. Jej dusza, poszarpana na strzępy, tysiące malutkich, kłujących serce niczym igły kawałków, nigdy nie wyzdrowiała do końca. Jedna jedyna myśl kołatała się w jej głowie, jak przerażony ptak zamknięty w klatce. Ona odeszła, nie ma już mojej Ann...
Śmierć jest bezwarunkową, złośliwą i nieobliczalną niszczycielką wszelkich relacji ludzkich. Nie można uciec z jej sideł, oszukać czy spławić. Zawsze cię znajdzie i dopadnie. Gdy złapie nas za ramię, musimy wiedzieć, że nie ma już odwrotu. Co jeśli i Ona sama zostanie wykorzystana, potraktowana jak niewolnica i zmuszona do przecięcia nici życia danej osoby? Ann nie odeszła w chorobie czy starości, a Śmierć nie zaciskała kurczowo swoich kościstych palców na drobnym ciele mojej przyjaciółki. Nie spoglądała również w jej mądre, brązowe oczy. Nie, Ann umarła znienacka. Zginęła, bo ktoś chciał zobaczyć jak to jest. Być Panem Śmierci.
To było ponad rok temu, ale myśli o niej ciągle wracały. Już nie tak często jak na początku, ale wracały. W snach, w twarzach nieznajomych, w słowach, książkach, muzyce. Nauczyła się z nimi żyć. Bo niema żadnego lekarstwa na wspomnienia.
A teraz te dawno już uśpione emocje uderzyły w nią z podwójną mocą. Były niczym potężna fala wypłukująca z jej duszy wszystkie uczucia. Znowu czuła się wyjałowiona i pusta. A cała ta apokalipsa spowodowana była szeptem. Litanią cichych słów, których nigdy nie powinna była usłyszeć.

***

Dni płynęły, a oni mijali się, nie patrząc sobie w oczy. Bali się co tam ujrzą. Oboje nieświadomie przygotowywali się psychicznie do starcia, którego niewyznaczony termin nieubłagalnie się zbliżał. Eris zachowywała się tak, jakby każdy krok, każda decyzja, każde tchnienie sprawiało jej ból. Bo najgorsze jest oczekiwanie na nieznane. Momo natomiast chodził cały podenerwowany, tocząc nieustającą wewnętrzną walkę i odwlekając coraz bardziej to, co i tak wydarzyć się musiało. Był deszczowy wtorek, szli jak zwykle po przeciwnych stronach ulicy, by nie wchodzić sobie w drogę. Ta niema umowa obowiązywała od czasu, gdy Eris podsłuchała rozmowę Darkwoodów w ogrodzie. I choć oni nie zdawali sobie z tego sprawy to i tak, przynajmniej bracia, starali się jej unikać. Jednak Kali ta zasada nie dotyczyła. Parę razy zauważyła jak jej matka i ich nowa sąsiadka rozmawiają przez płot, pieląc czy wieszając pranie. Dziewczyna czekała cierpliwie na pierwszy ruch ze strony Momo lub Hypnosa, aż w końcu przegrała walkę z własną ciekawością. Szybkim krokiem przemierzyła mokry asfalt i znalazła się tuż przy zamyślonym chłopaku.
-Możesz mi powiedzieć co się dzieje?- zapytała poirytowana.
-Wszystko świe…- odrzekł zmieszany blondyn, ale ona nie mogąc słuchać tych kłamstw szybko mu przerwała.
-Nie chrzań, że wszystko jest świetnie. Jeszcze raz pytam. O co tu do cholery chodzi?
-Chyba musimy pogadać.- mruknął, nie patrząc w jej czarne oczy.
-Wiem.- Spojrzał na nią zaskoczony.- Ja już tak nie mogę, siedziałam cicho przez cztery dni. Byłam wtedy w ogrodzie. Słyszałam wszystko.- Gdyby sytuacja była inna szczerze by się roześmiała na widok jego miny.
-Aha… Czyli jeden problem z głowy.- wypuścił powietrze z nadymanych policzków. Oto nadszedł czas na rozmowę, której tak się obawiał.

***

Kiedy podejmiesz już jakąś trudną i ważną decyzję, cały świat stara ci się udowodnić, że wybrałeś źle, a każda inna opcja była sto razy lepsza. Mimo że ludzie uważają to za zły omen lub po prostu zbieg okoliczności, jest to swego rodzaju test. Sprawdzian twojego charakteru, odwagi oraz siły woli. Jeśli zawalisz go już na początku i poddasz się, możesz nigdy nie zobaczyć mety. Całe życie to jedna wielka próba, mająca na celu pokazać jak wiele jesteś w stanie znieść, jak wiele rzeczy poświęcić, aby dotrzeć do celu. Sztuką jest trzymać się trasy i nie odpaść z gry przed jej końcem. Walkower to największa porażka.
Z wielką chęcią poddałby się już dawno, jednak brnął dalej przez ogród, słysząc za sobą kroki dziewczyny. Uznał, że to będzie najlepsze miejsce na tę rozmowę. Świeże powietrze koiło zmysły, rozjaśniało myśli i pomagało się skupić. Poza tym zieleń roślin działała zbawiennie na jego skołatane nerwy. Wszystkie ważne decyzje podejmował właśnie na dworze. Usiedli przy stole w drewnianej altance, stojącej na ich podwórku. Momo oparł głowę o blat, udając, że wcale nie widzi świdrującego wzroku czarnowłosej. Po cichu liczył, że w domu zastanie Kalipso, skłonną pomóc, a przynajmniej wesprzeć go psychicznie podczas tej rozmowy. Jednak kobieta zawczasu się ulotniła.
-Pieprzona Mojra… Wszystko jej wygadała.-mruknął pod nosem chłopak.
-Co?- zapytała rozkojarzona dziewczyna, a on po raz pierwszy spojrzał jej w oczy, zdziwiony tym, że właśnie powiedział to na głos.  Wziął wdech, jakby przygotowując się do skoku na głęboką wodę.
- Słuchaj, ja wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale po prostu postaraj się mnie zrozumieć. Nie jesteś tym, kim myślisz, a ten świat jest nie jest taki, jaki ci się wydaje.- cedził powoli, tak, że każde wypowiadane słowo sprawiało mu fizyczny ból. Wiedział, że zabiera tej dziewczynie dotychczasowe życie, zastępując je innym. Pełnym bólu, cierpienia i łez. Jednak nie miał wyboru. Jej zdezorientowana mina wcale nie ułatwiała mu sprawy. W końcu to wydusił.

-Jesteś czarownicą, Eris.

***

Hej, rozdział czwarty pisało mi się wyjątkowo ciężko, co widać terminie publikacji. Jednak jestem z niego zadowolona, znajduje się w nim to co powinno i w miarę tak, jak to sobie wyobrażałam. Treść może was zaskoczyła, może nie, nie wiem. To napiszcie w komentarzach. J
OwlShadow


sobota, 3 maja 2014

Film



Cześć, jako że moja wena do pisania popadła w śpiączkę kliniczną, przygotowałam coś innego. Jak widzicie film, a raczej filmik... Powiem tak: cholernie trudno mi się go robiło i już widzę parę niedociągnięć :(






Komentujcie, hejtujcie, whatever...
OwlShadow

EDIT, EDIT, EDIT! Nowa wersja filmu, dziękuję  teabunny za zwrócenie uwagi na napisy, mnie też one były nie w paski, więc trochę pozmieniałam i teraz wydaje mi się, że jest naprawdę nieźle (ach, ten narcyzm).

niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozdział III: Podsłuchane rozmowy


Dla Florence, za to, że jesteś, że sprawdzasz moje bazgroły i mówisz samą obiektywną prawdę. Dziękuję.


        
,,Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty.”
Andrzej Sapkowski
Irytacja. Złość. Wzburzenie. Niepokój. Jak to możliwe, że pojawienie się jednej osoby jest w stanie wywołać istne tsunami uczuć? Jak można reagować tak emocjonalnie na czyjąś obecność? Eris nawet nie próbowała zrozumieć tego, co się w niej działo. Zmrużyła tylko oczy i  schowała zaciśnięte nerwowo pięści pod stół, na widok kpiącego uśmieszku Momo. Jego ciemne oczy nieustannie szukały jej wzroku, a ona  - choć czuła to doskonale –  uparcie wpatrywała się Kalę i jej pełne gracji oraz elegancji ruchy, gdy nalewała herbaty do czwartej filiżanki.
-Momo, chodź do nas... Nie stój tak w progu- to niegrzeczne.- skarciła go matka, na co zareagował od razu. Ujął dłoń Caroline i jak na prawdziwego gentelmana przystało, złożył na niej delikatny pocałunek.
-Miło mi panią poznać, pani Byington.- rzekł, patrząc uważnie w oczy kobiety, ignorując przy tym jej zarumienione policzki. Już miał podejść do Eris i uczynić to samo, gdy ta zauważyła co się święci i wyrzuciła z siebie:
-Oh, daruj sobie, przecież już się znamy.- uśmiechnęła się tak sztucznie, jak tylko potrafiła.
-Eris!- krzyknęła cicho zszokowana Carr.
-Nic nie szkodzi.-powiedział Momo, ciągle patrząc dziewczynie w oczy.- To chyba moja wina, nie zrobiłem dziś rano odpowiedniego wrażenia na pani córce, za co przepraszam- wreszcie przeniósł wzrok na jej matkę. Nastolatka, spuściła zażenowana swoje czarne oczy i poprawiła krucze włosy.- Wybaczysz mi?- zwrócił się do niej, licząc na to, że pod presją spojrzenia matki oraz obecności Kali, dziewczyna ulegnie.
-Nie ma czego wybaczać, nic mi przecież nie zrobiłeś. Ale nie lubić będę cię nadal.- odrzekła hardo Eris. Dobrze wiedziała, że jest bezczelna do granic możliwości i że to nie wypada, ale nie mogła się pozbawić satysfakcji obserwowania jak pewność siebie powoli znika z tęczówek chłopaka. Zastąpiły ją ogniki irytacji i upokorzenia. Co jest nie tak z tą dziewczyną?! Czemu mi nie uległa? Zastanawiał się cicho Momo. Może nie był to niezaprzeczalny dowód, ale on już był pewien. To musi być Ona.
 Spięta Caroline próbowała jakoś naprawić zszarganą atmosferę, w czym jakby nie patrzeć miała wprawę. W domu to zawsze ona była negocjatorką między Eris a Robertem. Już miała rzucić jedno z haseł z asortymentu ,,rozładować napięcie”, lecz w tym momencie wszedł do salonu czarnowłosy, wysoki chłopak.
-Hej wszy…- urwał, zdając sobie sprawę z obecności gości.- Znaczy się… Dzień dobry.- uśmiechnął się rozbrajająco, a Eris dostrzegła to jedyne podobieństwo do brata. Oboje uśmiechali się tak, że każdej dziewczynie zmiękłyby kolana. Hebanowe włosy kontrastowały się z jego porażająco niebieskimi oczami, a uniesione kąciki ust nadawały jego twarzy pogodny wyraz.- Co na obiad?
-Hypnosie Darkwood, zachowuj się!- zbeształa go Kala, a on uniósł ręce w geście poddania.
-Widzę, że są państwo zainteresowani mitologią…- wtrąciła Caroline, ratując chłopaka przed miażdżącym spojrzeniem matki.
-To nie do końca zainteresowanie, raczej coś w rodzaju rodzinnej tradycji.- odezwał się Momo.- Jednak ciekawi mnie to, dlaczego nazwała pani swoją córkę Eris.- rzekł, ignorując gniewne parsknięcie ze strony dziewczyny.
-Sama nie wiem… Po prostu czułam, że tak właśnie powinno się nazywać moje dziecko. To przyszło jakby samoistnie.- wyznała kobieta, a Momo spojrzał znacząco to na Hypnosa, to na Kalę.
-O matko, ale się zasiedziałyśmy. Przepraszamy za to najście.- powiedziała matka nastolatki, wstając z wygodnego fotela. Przeszły razem z Eris do holu, odprowadzane przez gospodarzy.
-Nie, przecież nic się nie stało. Zapraszamy częściej.- rzekł Momo i puścił oko do dziewczyny. Ona jednak pozostała niewzruszona i po prostu go zignorowała.
-Dziękujemy, na pewno skorzystamy z zaproszenia.- uśmiechnęła się Caroline, chcąc nie chcąc córka powtórzyła ten gest. Naprawdę jej się tu podobało.

***

Według Eris, najpiękniejszą rozrywką było odkrywanie kolejnych możliwości, jakie daje nam wyobraźnia. Pielęgnowanie przekonań, które - aby miały prawdziwą wartość - zdobywa się z mozołem i czasem. Jednym ze sposobów na rozwijanie swojej wrażliwej, twórczej i kreatywnej strony, było dla dziewczyny czytanie książek. Przyłapywała się na tym, że czasem zatrzymywała się w połowie przeczytanego zdania i pogrążała się we własnych przemyśleniach, jej osobistej, niepowtarzalnej rzeczywistości. Takie niekontrolowane wybryki zdarzały się jej dosyć często, co nazywała ironicznie napadami melancholijnego wyłączenia. Zaczytywała się w powieściach Tolkiena czy Stephena Kinga. Siadała w fotelu i delektując się wolną chwilą, wręcz połykała dzieła kolejnych autorów. Tego wieczoru, tak pochyloną i uważnie śledzącą każdą linijkę książki dziewczynę zastała Caroline.
-Chodź na dół, odludku, tata wrócił, więc może zjemy razem obiad. Ostatnio nie mamy na to czasu…- rzekła smutno ciemnowłosa kobieta. W niemej odpowiedzi, Eris wstała z siedzenia i odłożywszy książkę na biurko, skierowała się do drzwi. Minęła matkę w progu, nie patrząc jej w oczy. Zdawała sobie sprawę, że Carr nie jest dumna z dzisiejszego zachowania, podczas wizyty u Darkwoodów. Przeszła korytarz szybkim krokiem i zbiegła po schodach. W kuchni zastała Roberta. Siedział przy stole, masując obolały kark. Na widok córki od razu się rozpogodził, a całe zmęczenie jakby uleciało z jego ciała. Tylko jego oczy zdradzały jak bardzo jest przepracowany.
-Co dziś robiła moja mała dziewczynka?- zapytał, uśmiechając się szeroko.
-Tato, nie mam już siedmiu lat… Wszystko porządku, byłyśmy dziś z mamą w odwiedzinach u naszych nowych sąsiadów. I chyba jest odrobinę na mnie zła.- wyznała skruszona. Dopiero we własnym pokoju dopadły ją lekkie wyrzuty sumienia, że mogła sprawić matce przykrość.
-Czyżby moja księżniczka nie była już taka grzeczna jak kiedyś?- westchnął Robert, z myślą: jak ten czas leci… Jeszcze kilka lat temu biegała po domu w pelerynie Harry’ego Pottera i krzyczała zaklęcia, wymachując różdżką. Nie mógł się przyzwyczaić, że jego mała kruszynka nie jest już dzieckiem.
-Nie, tylko… Strasznie irytuje mnie ten idiota, który niedawno wprowadził się do domu obok, nie mogłam się pohamować i byłam trochę niemiła.- speszyła się widząc sceptyczny wzrok ojca.- No dobra. Może więcej niż trochę.
-Wystarczy, nie rozmawiajmy już o tym.- wtrąciła się Caroline, która od jakiegoś czasu przysłuchiwała się tej rozmowie. Zaskoczona dziewczyna odwróciła się do matki.
-Przepraszam, mamo.- objęła kobietę i mocno uścisnęła. Ta, posłała Robertowi rozczulone spojrzenie znad ramienia córki.
-No przecież mówię: koniec tematu.- I w tej atmosferze - przeprosin i przebaczenia  - usiedli do obiadu.

***

         Najedzona i uszczęśliwiona Eris wyszła do ogrodu za domem, ciesząc się promieniami słońca, które postanowiły podjąć niełatwą walkę z odwiecznie pokrywającymi szkockie niebo chmurami. Rozłożyła się wygodnie pod przekwitłą już dawno magnolią, rosnącą w lewym rogu działki i przymknęła powieki. Rozkoszowała się ciepłym, delikatnym wiatrem muskającym jej twarz. Leżała tak oparta o pień starego drzewa, gdy usłyszała głos. Cichy, niewyraźny, dochodzący zza płotu.
-Twoja pomyłka może nas dużo kosztować. Zostało nam niewiele czasu. Będzie zła, jeśli zmarnujemy jego resztkę przez twoje widzimisię.- rozpoznała stłumiony głos Kali.
-Jestem pewien, to jest Ona. Czuję to. To nasza jedyna szansa, bez niej nie damy rady.- rzekł Momo dziwnie poważnym tonem.
-Dobrze, kiedy zamierzasz jej powiedzieć? I co mam powiedzieć Królowej?
-Nie wiem…- odpowiedział, wzdychając ciężko.- Cholera! Ona chyba jeszcze nie jest na to gotowa.
-I co z tego? Nie może ciągle żyć w kłamstwie! Eris musi się dowiedzieć.- dziewczyna zszokowana wyłapaniem swojego imienia na ugiętych nogach, skradając się niczym kot podeszła bliżej.- A zegar tyka. Musisz to zrobić jak najszybciej.
-I zniszczyć jej życie?

-Nie, Momo… Podarować nowe.


***


Hej, w tym rozdziale, jak widać, dzieje się trochę więcej niż w poprzednim. Powstał on dzięki mojej wspaniałej Becie, o której wspominałam na samym początku. Chciałabym również podziękować komentującym i przeprosić za to nękanie J Po prostu ogromnie mi zależy na poznaniu waszej opinii.
Pozdrawiam ciepło
OwlShadow
PS Życzę cudownej końcówki Świąt i mam nadzieję, że jesteście równie mokrzy co ja! Ja tam się jednak nie przejmuję, że tata oblał mnie całą dyngusówką. On dostał z wiaderka :3



sobota, 19 kwietnia 2014

Rozdział II:Sąsiedzkie koneksje

,,Nie ma nic gorszego, jak słodycz złośliwości. Ona przewraca wszystko w środku i powoduje bardzo bolesną niestrawność.”

Nieśmiałe promienie słońca przebijające się przez grube warstwy chmur, delikatnie muskały jej bladą twarz. Nie należało się spodziewać wielkich upałów po wiecznie skrytej pod gęstą mgłą Szkocji, a mieszkańców nie należało winić za brak jakiejkolwiek opalenizny. I tak była wdzięczna losowi, że nie padało. Ostatnim czego dzisiaj potrzebowała była tradycyjna szkocka pogoda, która nigdy nie szczędziła deszczu, zwłaszcza w Aberdeenshire, północno-wschodniej części Wielkiej Brytanii. Eris na ogół lubiła patrzeć na krople spadające rytmicznie na szybę okna lub czuć ich miarowe uderzenia na ramionach, jednak nie dziś. Zbyt dużo wrażeń z jednego dnia zdecydowanie odbiło się na jej zdrowiu -zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Szkolne obowiązki, nauczyciele, którzy nie próbują zrozumieć, a jedynie wymagają, irytujący sąsiad, a do tego sen, który ciągle tkwił w jej pamięci, nieustannie przyciągając myśli. Czuła, że jeśli powie, że gorzej już być nie może, to zaraz lunie, niczym w bajkach Disneya. 



***

 Miasteczko Aboyne, w którym mieszkała od urodzenia, było położone 30 mil od Aberdeen, głównego i największego miasta w hrabstwie. Otoczone lasami mieściło się w zakolu rzeki Dee, która uchodziła do Morza Północnego. Żyło tutaj nie więcej niż trzy tysiące osób, jednak nie była to typowa dziura, w której nic się nie dzieje... W centrum znajdowało się liceum Aboyne Academy, do którego zmuszona była wstawać codziennie rano o -niemoralnej jak dla niej godzinie - 7:15. Zaraz obok stał gmach podstawówki, gdzie przez cztery lata chodziła z chęcią, której ubywało z każdym rokiem nauki. Dumą szkoły średniej była drużyna rugby, która co prawda nigdy jakiegoś zaszczytnego miejsca w żadnych zawodach nie zdobyła, ale ważne, że po prostu była. Do placówki należał również basen i kręgielnia- jedna z niewielu rzeczy, która ceniła w tym budynku Eris. Niedaleko szkoły wybudowano kilka banków, supermarket, parę niezależnych sklepików, pocztę, kino i parę knajpek oraz restauracji. Były też trzy konkurencyjne salony fryzjerskie, w których to - niby przypadkiem - spotykało się co jakiś czas grono kobiet, które spragnione były nowych plotek. Natomiast panowie, którzy chcieli choć na chwilę wyrwać się z domu (najlepiej pod nieobecność żon) udawali się na pole golfowe, znajdujące się na obrzeżach miasteczka lub, gdy forma i wiek na to pozwalały, na kort tenisowy. Jedynymi atrakcjami turystycznymi były zamek Aboyne, stara kolej, obecnie przerobiona na siedzibę klubu strzeleckiego oraz stary, zabytkowy hotel, w którym kiedyś zatrzymywała się Królowa Wiktoria. Aboyne odwiedzało sporo przejezdnych, zmierzających do Aberdeen, zdarzali się również turyści, którzy przyjechali do tego rejonu Szkocji tylko po to, by obejrzeć miasteczko. Jednak ich było znacznie mniej, z czego cieszyła się Eris, ponieważ dzięki temu panował tutaj względny spokój. Od przystanku do domu dzieliło ją około 350 jardów, a spacer ten zajmował jej mniej więcej pięć minut i czas ten wykorzystywała najczęściej na melancholijne rozmyślania, bo w szkole nie mogła sobie na to pozwolić. Skręciła w St. Eunan's Road, zostawiając za sobą Old Tollhouse Rd. Mijała kolejne domy, pozwalając, by jej myśli błądziły po różnych zakamarkach jej umysłu, starannie omijając tematy związane ze snem, Momo czy pustymi groźbami Karen. Dom Eris stał na skrzyżowaniu St. Eunan's Rd. i Balmoral Terrence. Piętrowy, biały, drewniany budynek, z dachem pokrytym płową dachówką prezentował się nienagannie. Dodatkowo był otoczony starannie wypielęgnowanym ogrodem. Ta strona ulicy, przy której mieszkała Eris znajdowała się wyżej niż druga, więc niektóre domy sprawiały czasem wrażenie, że pochylają się i patrzą groźnie z góry na budynki naprzeciwko. 

***


            Uchyliła czarną, żelazną furtkę, umieszczoną w niskim kamiennym murku, przy którym rosły rozłożyste wierzby i weszła do ogródka. Zewsząd otoczyła ją gama barw i woni. To właśnie lubiła w tym miasteczku najbardziej: ludzie podporządkowali się naturze, nigdy na odwrót. Minęła drogę prowadzącą do garażu za domem i weszła po schodach, na ganek. Wsunęła klucz w drzwi i z konsternacją stwierdziła, że są otwarte. Niepewnie weszła do środka. Starała się poruszać najciszej jak potrafiła, po chwili dostrzegła cień wyłaniający się z kuchni. Skierowała się w tamtą stronę z głośno bijącym sercem. Policzyła do trzech i wyszła zza rogu. 
-Jezu, mamo!- wrzasnęła, starając się opanować drżenie rąk i głosu.- Mogłaś mnie wcześniej uprzedzić! Czemu nie jesteś w pracy?
-Pomyślałam sobie, że skoro mamy nowych sąsiadów to wypada ich ciepło powitać. – powiedziała Caroline, pochylając się nad blachą pełną ciasteczek. Zgromiła Eris wzrokiem, gdy ta ,,dyskretnie” podkradła jedno.- Doprowadź się do porządku, bo za dziesięć minut wychodzimy. 
-My? Nigdzie nie idę, zostaję w domu.- żachnęła się.
-Bez dyskusji.- ucięła kobieta, a córka pomaszerowała na górę z miną, jak gdyby był to jej własny kondukt żałoby. Wiedziała, że i tak przegrała tę nierówną walkę. Wdrapała się po krętych schodach, minęła kanapę, na której co piątek siadali rodzinnie- ona, Caroline oraz Robert, jej ojciec i oglądali różne filmy. Weszła do pokoju w końcu korytarza. Panował tu straszny ziąb, z czego ani trochę nie była zadowolona. Pluła sobie w brodę, że nie pamiętała, żeby zamknąć okno. Ba! Eris nawet nie przypominała sobie, że je otwierała. Jednak nie znalazła w tym nic dziwnego, przecież wcześniej, wiele razy matka zwracała jej uwagę czy to o niezamknięcie domu albo zostawienie włączonego światła na cały dzień. Zrzuciła z ramion ciężki plecak i podeszła do szafy stojącej na wprost od wejścia. Stwierdziła, że skoro i tak nie ma innego wyjścia, to powinna przynajmniej wyglądać jakoś sensownie. Ściągnęła z siebie szarą bluzę z logo szkoły i zamieniła ją na luźną koszulę w kwiaty. Może nie wyglądała powalająco, ale co jak co, stroić się nie będzie. Bo niby dla kogo? Na pewno nie dla tego aroganckiego idioty. Przewróciła oczami i wyszła, zostawiając tym razem dobrze zamknięte okno. 

***

 Dom Darkwoodów był podobnej wielkości co dom Eris, z szarego kamienia i o brunatnym dachu. Razem z Caroline weszły przez uchyloną furtkę do ogrodu i podeszły do drzwi. Już miały wcisnąć dzwonek po raz piąty, kiedy otworzyła im niska kobieta o delikatnych rysach twarzy i blond włosach. 
-Witam, pani Darkwood, jestem Caroline Byington, a to moja córka Eris, mieszkamy obok. – rzekła uśmiechnięta.
-Och, cudownie, Kala Darkwood, proszę wejdźcie.- powiedziała sąsiadka przepuszczając je w progu i odbierając ładnie zapakowane ciasteczka. Wnętrze urządzone było gustownie, w ciepłych barwach: beżach, brązach i z akcentami w kolorze wina.
-Usiądźmy, kawy, herbaty?- gospodyni zaprosiła je do salonu. 
-Poproszę herbaty- po raz pierwszy odezwała się Eris- jeśli można, oczywiście-dodała pod wpływem wzroku matki.
-Ja też poproszę, przy herbacie milej się rozmawia. 
-Świetnie- uśmiechnęła się Kala i udała się w stronę kuchni. Wykorzystując nieobecność kobiety Caroline szepnęła do córki: 
-Kala, też mi imię… Czego to ludzie nie wymyślą, żeby być oryginalnym.- pokręciła głową z roztargnieniem.
-Powiedziała kobieta, która nazwała swoje dziecko na cześć bogini chaosu i zniszczenia.- odrzekła zgryźliwie Eris. Nie dane było matce ją zbesztać, ponieważ z kuchni wróciła Kala z dwoma, parującymi kubkami, więc tylko zgromiła ją wzrokiem.
-Więc… Co państwa sprowadza do Aboyne, jeśli można wiedzieć?- zapytała uprzejmie Carr. 
-Nic szczególnego… Po prostu: mieliśmy dosyć ciągłego życia w biegu, więc zaczęliśmy szukać jakiegoś lokum w małym, spokojnym miasteczku. I tak oto trafiliśmy tutaj. Cieszę się, że wybór padł akurat na Aboyne.- przelotnie spojrzała na Eris, a coś w jej oczach mówiło, że było też kilka innych powodów. Już chciała coś dodać, jednak zamilkła, ponieważ w progu, bezszelestnie pojawił się Momo. Na widok dziewczyny siedzącej na kanapie w jego oczach pojawiły się iskierki rozbawienia pomieszane z kapką złośliwości i przekory. To zdecydowanie, będzie bardzo ciekawy wieczór…