sobota, 10 maja 2014

Rozdzial IV: Głęboka woda

,,There’s no remedy for memory”
Lana del Rey

Czasem ma się takie wrażenie jakby całe nasze istnienie, wszystkie myśli i emocje zostały wyrzucone w otchłań. Nicość tak ogromną i przerażającą, że gdy w niej tkwisz nie pozostaje ci nic poza bezczynnym przyglądaniem się tej samodestrukcji. Jest tylko pustka- wyrwa w sercu zionąca cierpieniem i rozpaczą. Jeśli szybko nie wypełni się jej czymś dobrym, to człowiek sam zaczyna przypominać wielką, czarną dziurę, pochłaniającą całe szczęście tego świata. Coś takiego niszczy ludzi, odbiera im światło i jakąkolwiek chęć do życia. Pozostają szarzy, zaraz po przebudzeniu wkładający maskę wyćwiczonego uśmiechu. Będąc w zawieszeniu między życiem a śmiercią brną przez życie dobijani kolejnymi porażkami. Eris doświadczyła tego stanu tylko raz. Zaraz po tym jak otrzymała wiadomość była przekonana, że jakaś część niej umarła. Jej dusza, poszarpana na strzępy, tysiące malutkich, kłujących serce niczym igły kawałków, nigdy nie wyzdrowiała do końca. Jedna jedyna myśl kołatała się w jej głowie, jak przerażony ptak zamknięty w klatce. Ona odeszła, nie ma już mojej Ann...
Śmierć jest bezwarunkową, złośliwą i nieobliczalną niszczycielką wszelkich relacji ludzkich. Nie można uciec z jej sideł, oszukać czy spławić. Zawsze cię znajdzie i dopadnie. Gdy złapie nas za ramię, musimy wiedzieć, że nie ma już odwrotu. Co jeśli i Ona sama zostanie wykorzystana, potraktowana jak niewolnica i zmuszona do przecięcia nici życia danej osoby? Ann nie odeszła w chorobie czy starości, a Śmierć nie zaciskała kurczowo swoich kościstych palców na drobnym ciele mojej przyjaciółki. Nie spoglądała również w jej mądre, brązowe oczy. Nie, Ann umarła znienacka. Zginęła, bo ktoś chciał zobaczyć jak to jest. Być Panem Śmierci.
To było ponad rok temu, ale myśli o niej ciągle wracały. Już nie tak często jak na początku, ale wracały. W snach, w twarzach nieznajomych, w słowach, książkach, muzyce. Nauczyła się z nimi żyć. Bo niema żadnego lekarstwa na wspomnienia.
A teraz te dawno już uśpione emocje uderzyły w nią z podwójną mocą. Były niczym potężna fala wypłukująca z jej duszy wszystkie uczucia. Znowu czuła się wyjałowiona i pusta. A cała ta apokalipsa spowodowana była szeptem. Litanią cichych słów, których nigdy nie powinna była usłyszeć.

***

Dni płynęły, a oni mijali się, nie patrząc sobie w oczy. Bali się co tam ujrzą. Oboje nieświadomie przygotowywali się psychicznie do starcia, którego niewyznaczony termin nieubłagalnie się zbliżał. Eris zachowywała się tak, jakby każdy krok, każda decyzja, każde tchnienie sprawiało jej ból. Bo najgorsze jest oczekiwanie na nieznane. Momo natomiast chodził cały podenerwowany, tocząc nieustającą wewnętrzną walkę i odwlekając coraz bardziej to, co i tak wydarzyć się musiało. Był deszczowy wtorek, szli jak zwykle po przeciwnych stronach ulicy, by nie wchodzić sobie w drogę. Ta niema umowa obowiązywała od czasu, gdy Eris podsłuchała rozmowę Darkwoodów w ogrodzie. I choć oni nie zdawali sobie z tego sprawy to i tak, przynajmniej bracia, starali się jej unikać. Jednak Kali ta zasada nie dotyczyła. Parę razy zauważyła jak jej matka i ich nowa sąsiadka rozmawiają przez płot, pieląc czy wieszając pranie. Dziewczyna czekała cierpliwie na pierwszy ruch ze strony Momo lub Hypnosa, aż w końcu przegrała walkę z własną ciekawością. Szybkim krokiem przemierzyła mokry asfalt i znalazła się tuż przy zamyślonym chłopaku.
-Możesz mi powiedzieć co się dzieje?- zapytała poirytowana.
-Wszystko świe…- odrzekł zmieszany blondyn, ale ona nie mogąc słuchać tych kłamstw szybko mu przerwała.
-Nie chrzań, że wszystko jest świetnie. Jeszcze raz pytam. O co tu do cholery chodzi?
-Chyba musimy pogadać.- mruknął, nie patrząc w jej czarne oczy.
-Wiem.- Spojrzał na nią zaskoczony.- Ja już tak nie mogę, siedziałam cicho przez cztery dni. Byłam wtedy w ogrodzie. Słyszałam wszystko.- Gdyby sytuacja była inna szczerze by się roześmiała na widok jego miny.
-Aha… Czyli jeden problem z głowy.- wypuścił powietrze z nadymanych policzków. Oto nadszedł czas na rozmowę, której tak się obawiał.

***

Kiedy podejmiesz już jakąś trudną i ważną decyzję, cały świat stara ci się udowodnić, że wybrałeś źle, a każda inna opcja była sto razy lepsza. Mimo że ludzie uważają to za zły omen lub po prostu zbieg okoliczności, jest to swego rodzaju test. Sprawdzian twojego charakteru, odwagi oraz siły woli. Jeśli zawalisz go już na początku i poddasz się, możesz nigdy nie zobaczyć mety. Całe życie to jedna wielka próba, mająca na celu pokazać jak wiele jesteś w stanie znieść, jak wiele rzeczy poświęcić, aby dotrzeć do celu. Sztuką jest trzymać się trasy i nie odpaść z gry przed jej końcem. Walkower to największa porażka.
Z wielką chęcią poddałby się już dawno, jednak brnął dalej przez ogród, słysząc za sobą kroki dziewczyny. Uznał, że to będzie najlepsze miejsce na tę rozmowę. Świeże powietrze koiło zmysły, rozjaśniało myśli i pomagało się skupić. Poza tym zieleń roślin działała zbawiennie na jego skołatane nerwy. Wszystkie ważne decyzje podejmował właśnie na dworze. Usiedli przy stole w drewnianej altance, stojącej na ich podwórku. Momo oparł głowę o blat, udając, że wcale nie widzi świdrującego wzroku czarnowłosej. Po cichu liczył, że w domu zastanie Kalipso, skłonną pomóc, a przynajmniej wesprzeć go psychicznie podczas tej rozmowy. Jednak kobieta zawczasu się ulotniła.
-Pieprzona Mojra… Wszystko jej wygadała.-mruknął pod nosem chłopak.
-Co?- zapytała rozkojarzona dziewczyna, a on po raz pierwszy spojrzał jej w oczy, zdziwiony tym, że właśnie powiedział to na głos.  Wziął wdech, jakby przygotowując się do skoku na głęboką wodę.
- Słuchaj, ja wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale po prostu postaraj się mnie zrozumieć. Nie jesteś tym, kim myślisz, a ten świat jest nie jest taki, jaki ci się wydaje.- cedził powoli, tak, że każde wypowiadane słowo sprawiało mu fizyczny ból. Wiedział, że zabiera tej dziewczynie dotychczasowe życie, zastępując je innym. Pełnym bólu, cierpienia i łez. Jednak nie miał wyboru. Jej zdezorientowana mina wcale nie ułatwiała mu sprawy. W końcu to wydusił.

-Jesteś czarownicą, Eris.

***

Hej, rozdział czwarty pisało mi się wyjątkowo ciężko, co widać terminie publikacji. Jednak jestem z niego zadowolona, znajduje się w nim to co powinno i w miarę tak, jak to sobie wyobrażałam. Treść może was zaskoczyła, może nie, nie wiem. To napiszcie w komentarzach. J
OwlShadow


sobota, 3 maja 2014

Film



Cześć, jako że moja wena do pisania popadła w śpiączkę kliniczną, przygotowałam coś innego. Jak widzicie film, a raczej filmik... Powiem tak: cholernie trudno mi się go robiło i już widzę parę niedociągnięć :(






Komentujcie, hejtujcie, whatever...
OwlShadow

EDIT, EDIT, EDIT! Nowa wersja filmu, dziękuję  teabunny za zwrócenie uwagi na napisy, mnie też one były nie w paski, więc trochę pozmieniałam i teraz wydaje mi się, że jest naprawdę nieźle (ach, ten narcyzm).

niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozdział III: Podsłuchane rozmowy


Dla Florence, za to, że jesteś, że sprawdzasz moje bazgroły i mówisz samą obiektywną prawdę. Dziękuję.


        
,,Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty.”
Andrzej Sapkowski
Irytacja. Złość. Wzburzenie. Niepokój. Jak to możliwe, że pojawienie się jednej osoby jest w stanie wywołać istne tsunami uczuć? Jak można reagować tak emocjonalnie na czyjąś obecność? Eris nawet nie próbowała zrozumieć tego, co się w niej działo. Zmrużyła tylko oczy i  schowała zaciśnięte nerwowo pięści pod stół, na widok kpiącego uśmieszku Momo. Jego ciemne oczy nieustannie szukały jej wzroku, a ona  - choć czuła to doskonale –  uparcie wpatrywała się Kalę i jej pełne gracji oraz elegancji ruchy, gdy nalewała herbaty do czwartej filiżanki.
-Momo, chodź do nas... Nie stój tak w progu- to niegrzeczne.- skarciła go matka, na co zareagował od razu. Ujął dłoń Caroline i jak na prawdziwego gentelmana przystało, złożył na niej delikatny pocałunek.
-Miło mi panią poznać, pani Byington.- rzekł, patrząc uważnie w oczy kobiety, ignorując przy tym jej zarumienione policzki. Już miał podejść do Eris i uczynić to samo, gdy ta zauważyła co się święci i wyrzuciła z siebie:
-Oh, daruj sobie, przecież już się znamy.- uśmiechnęła się tak sztucznie, jak tylko potrafiła.
-Eris!- krzyknęła cicho zszokowana Carr.
-Nic nie szkodzi.-powiedział Momo, ciągle patrząc dziewczynie w oczy.- To chyba moja wina, nie zrobiłem dziś rano odpowiedniego wrażenia na pani córce, za co przepraszam- wreszcie przeniósł wzrok na jej matkę. Nastolatka, spuściła zażenowana swoje czarne oczy i poprawiła krucze włosy.- Wybaczysz mi?- zwrócił się do niej, licząc na to, że pod presją spojrzenia matki oraz obecności Kali, dziewczyna ulegnie.
-Nie ma czego wybaczać, nic mi przecież nie zrobiłeś. Ale nie lubić będę cię nadal.- odrzekła hardo Eris. Dobrze wiedziała, że jest bezczelna do granic możliwości i że to nie wypada, ale nie mogła się pozbawić satysfakcji obserwowania jak pewność siebie powoli znika z tęczówek chłopaka. Zastąpiły ją ogniki irytacji i upokorzenia. Co jest nie tak z tą dziewczyną?! Czemu mi nie uległa? Zastanawiał się cicho Momo. Może nie był to niezaprzeczalny dowód, ale on już był pewien. To musi być Ona.
 Spięta Caroline próbowała jakoś naprawić zszarganą atmosferę, w czym jakby nie patrzeć miała wprawę. W domu to zawsze ona była negocjatorką między Eris a Robertem. Już miała rzucić jedno z haseł z asortymentu ,,rozładować napięcie”, lecz w tym momencie wszedł do salonu czarnowłosy, wysoki chłopak.
-Hej wszy…- urwał, zdając sobie sprawę z obecności gości.- Znaczy się… Dzień dobry.- uśmiechnął się rozbrajająco, a Eris dostrzegła to jedyne podobieństwo do brata. Oboje uśmiechali się tak, że każdej dziewczynie zmiękłyby kolana. Hebanowe włosy kontrastowały się z jego porażająco niebieskimi oczami, a uniesione kąciki ust nadawały jego twarzy pogodny wyraz.- Co na obiad?
-Hypnosie Darkwood, zachowuj się!- zbeształa go Kala, a on uniósł ręce w geście poddania.
-Widzę, że są państwo zainteresowani mitologią…- wtrąciła Caroline, ratując chłopaka przed miażdżącym spojrzeniem matki.
-To nie do końca zainteresowanie, raczej coś w rodzaju rodzinnej tradycji.- odezwał się Momo.- Jednak ciekawi mnie to, dlaczego nazwała pani swoją córkę Eris.- rzekł, ignorując gniewne parsknięcie ze strony dziewczyny.
-Sama nie wiem… Po prostu czułam, że tak właśnie powinno się nazywać moje dziecko. To przyszło jakby samoistnie.- wyznała kobieta, a Momo spojrzał znacząco to na Hypnosa, to na Kalę.
-O matko, ale się zasiedziałyśmy. Przepraszamy za to najście.- powiedziała matka nastolatki, wstając z wygodnego fotela. Przeszły razem z Eris do holu, odprowadzane przez gospodarzy.
-Nie, przecież nic się nie stało. Zapraszamy częściej.- rzekł Momo i puścił oko do dziewczyny. Ona jednak pozostała niewzruszona i po prostu go zignorowała.
-Dziękujemy, na pewno skorzystamy z zaproszenia.- uśmiechnęła się Caroline, chcąc nie chcąc córka powtórzyła ten gest. Naprawdę jej się tu podobało.

***

Według Eris, najpiękniejszą rozrywką było odkrywanie kolejnych możliwości, jakie daje nam wyobraźnia. Pielęgnowanie przekonań, które - aby miały prawdziwą wartość - zdobywa się z mozołem i czasem. Jednym ze sposobów na rozwijanie swojej wrażliwej, twórczej i kreatywnej strony, było dla dziewczyny czytanie książek. Przyłapywała się na tym, że czasem zatrzymywała się w połowie przeczytanego zdania i pogrążała się we własnych przemyśleniach, jej osobistej, niepowtarzalnej rzeczywistości. Takie niekontrolowane wybryki zdarzały się jej dosyć często, co nazywała ironicznie napadami melancholijnego wyłączenia. Zaczytywała się w powieściach Tolkiena czy Stephena Kinga. Siadała w fotelu i delektując się wolną chwilą, wręcz połykała dzieła kolejnych autorów. Tego wieczoru, tak pochyloną i uważnie śledzącą każdą linijkę książki dziewczynę zastała Caroline.
-Chodź na dół, odludku, tata wrócił, więc może zjemy razem obiad. Ostatnio nie mamy na to czasu…- rzekła smutno ciemnowłosa kobieta. W niemej odpowiedzi, Eris wstała z siedzenia i odłożywszy książkę na biurko, skierowała się do drzwi. Minęła matkę w progu, nie patrząc jej w oczy. Zdawała sobie sprawę, że Carr nie jest dumna z dzisiejszego zachowania, podczas wizyty u Darkwoodów. Przeszła korytarz szybkim krokiem i zbiegła po schodach. W kuchni zastała Roberta. Siedział przy stole, masując obolały kark. Na widok córki od razu się rozpogodził, a całe zmęczenie jakby uleciało z jego ciała. Tylko jego oczy zdradzały jak bardzo jest przepracowany.
-Co dziś robiła moja mała dziewczynka?- zapytał, uśmiechając się szeroko.
-Tato, nie mam już siedmiu lat… Wszystko porządku, byłyśmy dziś z mamą w odwiedzinach u naszych nowych sąsiadów. I chyba jest odrobinę na mnie zła.- wyznała skruszona. Dopiero we własnym pokoju dopadły ją lekkie wyrzuty sumienia, że mogła sprawić matce przykrość.
-Czyżby moja księżniczka nie była już taka grzeczna jak kiedyś?- westchnął Robert, z myślą: jak ten czas leci… Jeszcze kilka lat temu biegała po domu w pelerynie Harry’ego Pottera i krzyczała zaklęcia, wymachując różdżką. Nie mógł się przyzwyczaić, że jego mała kruszynka nie jest już dzieckiem.
-Nie, tylko… Strasznie irytuje mnie ten idiota, który niedawno wprowadził się do domu obok, nie mogłam się pohamować i byłam trochę niemiła.- speszyła się widząc sceptyczny wzrok ojca.- No dobra. Może więcej niż trochę.
-Wystarczy, nie rozmawiajmy już o tym.- wtrąciła się Caroline, która od jakiegoś czasu przysłuchiwała się tej rozmowie. Zaskoczona dziewczyna odwróciła się do matki.
-Przepraszam, mamo.- objęła kobietę i mocno uścisnęła. Ta, posłała Robertowi rozczulone spojrzenie znad ramienia córki.
-No przecież mówię: koniec tematu.- I w tej atmosferze - przeprosin i przebaczenia  - usiedli do obiadu.

***

         Najedzona i uszczęśliwiona Eris wyszła do ogrodu za domem, ciesząc się promieniami słońca, które postanowiły podjąć niełatwą walkę z odwiecznie pokrywającymi szkockie niebo chmurami. Rozłożyła się wygodnie pod przekwitłą już dawno magnolią, rosnącą w lewym rogu działki i przymknęła powieki. Rozkoszowała się ciepłym, delikatnym wiatrem muskającym jej twarz. Leżała tak oparta o pień starego drzewa, gdy usłyszała głos. Cichy, niewyraźny, dochodzący zza płotu.
-Twoja pomyłka może nas dużo kosztować. Zostało nam niewiele czasu. Będzie zła, jeśli zmarnujemy jego resztkę przez twoje widzimisię.- rozpoznała stłumiony głos Kali.
-Jestem pewien, to jest Ona. Czuję to. To nasza jedyna szansa, bez niej nie damy rady.- rzekł Momo dziwnie poważnym tonem.
-Dobrze, kiedy zamierzasz jej powiedzieć? I co mam powiedzieć Królowej?
-Nie wiem…- odpowiedział, wzdychając ciężko.- Cholera! Ona chyba jeszcze nie jest na to gotowa.
-I co z tego? Nie może ciągle żyć w kłamstwie! Eris musi się dowiedzieć.- dziewczyna zszokowana wyłapaniem swojego imienia na ugiętych nogach, skradając się niczym kot podeszła bliżej.- A zegar tyka. Musisz to zrobić jak najszybciej.
-I zniszczyć jej życie?

-Nie, Momo… Podarować nowe.


***


Hej, w tym rozdziale, jak widać, dzieje się trochę więcej niż w poprzednim. Powstał on dzięki mojej wspaniałej Becie, o której wspominałam na samym początku. Chciałabym również podziękować komentującym i przeprosić za to nękanie J Po prostu ogromnie mi zależy na poznaniu waszej opinii.
Pozdrawiam ciepło
OwlShadow
PS Życzę cudownej końcówki Świąt i mam nadzieję, że jesteście równie mokrzy co ja! Ja tam się jednak nie przejmuję, że tata oblał mnie całą dyngusówką. On dostał z wiaderka :3



sobota, 19 kwietnia 2014

Rozdział II:Sąsiedzkie koneksje

,,Nie ma nic gorszego, jak słodycz złośliwości. Ona przewraca wszystko w środku i powoduje bardzo bolesną niestrawność.”

Nieśmiałe promienie słońca przebijające się przez grube warstwy chmur, delikatnie muskały jej bladą twarz. Nie należało się spodziewać wielkich upałów po wiecznie skrytej pod gęstą mgłą Szkocji, a mieszkańców nie należało winić za brak jakiejkolwiek opalenizny. I tak była wdzięczna losowi, że nie padało. Ostatnim czego dzisiaj potrzebowała była tradycyjna szkocka pogoda, która nigdy nie szczędziła deszczu, zwłaszcza w Aberdeenshire, północno-wschodniej części Wielkiej Brytanii. Eris na ogół lubiła patrzeć na krople spadające rytmicznie na szybę okna lub czuć ich miarowe uderzenia na ramionach, jednak nie dziś. Zbyt dużo wrażeń z jednego dnia zdecydowanie odbiło się na jej zdrowiu -zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Szkolne obowiązki, nauczyciele, którzy nie próbują zrozumieć, a jedynie wymagają, irytujący sąsiad, a do tego sen, który ciągle tkwił w jej pamięci, nieustannie przyciągając myśli. Czuła, że jeśli powie, że gorzej już być nie może, to zaraz lunie, niczym w bajkach Disneya. 



***

 Miasteczko Aboyne, w którym mieszkała od urodzenia, było położone 30 mil od Aberdeen, głównego i największego miasta w hrabstwie. Otoczone lasami mieściło się w zakolu rzeki Dee, która uchodziła do Morza Północnego. Żyło tutaj nie więcej niż trzy tysiące osób, jednak nie była to typowa dziura, w której nic się nie dzieje... W centrum znajdowało się liceum Aboyne Academy, do którego zmuszona była wstawać codziennie rano o -niemoralnej jak dla niej godzinie - 7:15. Zaraz obok stał gmach podstawówki, gdzie przez cztery lata chodziła z chęcią, której ubywało z każdym rokiem nauki. Dumą szkoły średniej była drużyna rugby, która co prawda nigdy jakiegoś zaszczytnego miejsca w żadnych zawodach nie zdobyła, ale ważne, że po prostu była. Do placówki należał również basen i kręgielnia- jedna z niewielu rzeczy, która ceniła w tym budynku Eris. Niedaleko szkoły wybudowano kilka banków, supermarket, parę niezależnych sklepików, pocztę, kino i parę knajpek oraz restauracji. Były też trzy konkurencyjne salony fryzjerskie, w których to - niby przypadkiem - spotykało się co jakiś czas grono kobiet, które spragnione były nowych plotek. Natomiast panowie, którzy chcieli choć na chwilę wyrwać się z domu (najlepiej pod nieobecność żon) udawali się na pole golfowe, znajdujące się na obrzeżach miasteczka lub, gdy forma i wiek na to pozwalały, na kort tenisowy. Jedynymi atrakcjami turystycznymi były zamek Aboyne, stara kolej, obecnie przerobiona na siedzibę klubu strzeleckiego oraz stary, zabytkowy hotel, w którym kiedyś zatrzymywała się Królowa Wiktoria. Aboyne odwiedzało sporo przejezdnych, zmierzających do Aberdeen, zdarzali się również turyści, którzy przyjechali do tego rejonu Szkocji tylko po to, by obejrzeć miasteczko. Jednak ich było znacznie mniej, z czego cieszyła się Eris, ponieważ dzięki temu panował tutaj względny spokój. Od przystanku do domu dzieliło ją około 350 jardów, a spacer ten zajmował jej mniej więcej pięć minut i czas ten wykorzystywała najczęściej na melancholijne rozmyślania, bo w szkole nie mogła sobie na to pozwolić. Skręciła w St. Eunan's Road, zostawiając za sobą Old Tollhouse Rd. Mijała kolejne domy, pozwalając, by jej myśli błądziły po różnych zakamarkach jej umysłu, starannie omijając tematy związane ze snem, Momo czy pustymi groźbami Karen. Dom Eris stał na skrzyżowaniu St. Eunan's Rd. i Balmoral Terrence. Piętrowy, biały, drewniany budynek, z dachem pokrytym płową dachówką prezentował się nienagannie. Dodatkowo był otoczony starannie wypielęgnowanym ogrodem. Ta strona ulicy, przy której mieszkała Eris znajdowała się wyżej niż druga, więc niektóre domy sprawiały czasem wrażenie, że pochylają się i patrzą groźnie z góry na budynki naprzeciwko. 

***


            Uchyliła czarną, żelazną furtkę, umieszczoną w niskim kamiennym murku, przy którym rosły rozłożyste wierzby i weszła do ogródka. Zewsząd otoczyła ją gama barw i woni. To właśnie lubiła w tym miasteczku najbardziej: ludzie podporządkowali się naturze, nigdy na odwrót. Minęła drogę prowadzącą do garażu za domem i weszła po schodach, na ganek. Wsunęła klucz w drzwi i z konsternacją stwierdziła, że są otwarte. Niepewnie weszła do środka. Starała się poruszać najciszej jak potrafiła, po chwili dostrzegła cień wyłaniający się z kuchni. Skierowała się w tamtą stronę z głośno bijącym sercem. Policzyła do trzech i wyszła zza rogu. 
-Jezu, mamo!- wrzasnęła, starając się opanować drżenie rąk i głosu.- Mogłaś mnie wcześniej uprzedzić! Czemu nie jesteś w pracy?
-Pomyślałam sobie, że skoro mamy nowych sąsiadów to wypada ich ciepło powitać. – powiedziała Caroline, pochylając się nad blachą pełną ciasteczek. Zgromiła Eris wzrokiem, gdy ta ,,dyskretnie” podkradła jedno.- Doprowadź się do porządku, bo za dziesięć minut wychodzimy. 
-My? Nigdzie nie idę, zostaję w domu.- żachnęła się.
-Bez dyskusji.- ucięła kobieta, a córka pomaszerowała na górę z miną, jak gdyby był to jej własny kondukt żałoby. Wiedziała, że i tak przegrała tę nierówną walkę. Wdrapała się po krętych schodach, minęła kanapę, na której co piątek siadali rodzinnie- ona, Caroline oraz Robert, jej ojciec i oglądali różne filmy. Weszła do pokoju w końcu korytarza. Panował tu straszny ziąb, z czego ani trochę nie była zadowolona. Pluła sobie w brodę, że nie pamiętała, żeby zamknąć okno. Ba! Eris nawet nie przypominała sobie, że je otwierała. Jednak nie znalazła w tym nic dziwnego, przecież wcześniej, wiele razy matka zwracała jej uwagę czy to o niezamknięcie domu albo zostawienie włączonego światła na cały dzień. Zrzuciła z ramion ciężki plecak i podeszła do szafy stojącej na wprost od wejścia. Stwierdziła, że skoro i tak nie ma innego wyjścia, to powinna przynajmniej wyglądać jakoś sensownie. Ściągnęła z siebie szarą bluzę z logo szkoły i zamieniła ją na luźną koszulę w kwiaty. Może nie wyglądała powalająco, ale co jak co, stroić się nie będzie. Bo niby dla kogo? Na pewno nie dla tego aroganckiego idioty. Przewróciła oczami i wyszła, zostawiając tym razem dobrze zamknięte okno. 

***

 Dom Darkwoodów był podobnej wielkości co dom Eris, z szarego kamienia i o brunatnym dachu. Razem z Caroline weszły przez uchyloną furtkę do ogrodu i podeszły do drzwi. Już miały wcisnąć dzwonek po raz piąty, kiedy otworzyła im niska kobieta o delikatnych rysach twarzy i blond włosach. 
-Witam, pani Darkwood, jestem Caroline Byington, a to moja córka Eris, mieszkamy obok. – rzekła uśmiechnięta.
-Och, cudownie, Kala Darkwood, proszę wejdźcie.- powiedziała sąsiadka przepuszczając je w progu i odbierając ładnie zapakowane ciasteczka. Wnętrze urządzone było gustownie, w ciepłych barwach: beżach, brązach i z akcentami w kolorze wina.
-Usiądźmy, kawy, herbaty?- gospodyni zaprosiła je do salonu. 
-Poproszę herbaty- po raz pierwszy odezwała się Eris- jeśli można, oczywiście-dodała pod wpływem wzroku matki.
-Ja też poproszę, przy herbacie milej się rozmawia. 
-Świetnie- uśmiechnęła się Kala i udała się w stronę kuchni. Wykorzystując nieobecność kobiety Caroline szepnęła do córki: 
-Kala, też mi imię… Czego to ludzie nie wymyślą, żeby być oryginalnym.- pokręciła głową z roztargnieniem.
-Powiedziała kobieta, która nazwała swoje dziecko na cześć bogini chaosu i zniszczenia.- odrzekła zgryźliwie Eris. Nie dane było matce ją zbesztać, ponieważ z kuchni wróciła Kala z dwoma, parującymi kubkami, więc tylko zgromiła ją wzrokiem.
-Więc… Co państwa sprowadza do Aboyne, jeśli można wiedzieć?- zapytała uprzejmie Carr. 
-Nic szczególnego… Po prostu: mieliśmy dosyć ciągłego życia w biegu, więc zaczęliśmy szukać jakiegoś lokum w małym, spokojnym miasteczku. I tak oto trafiliśmy tutaj. Cieszę się, że wybór padł akurat na Aboyne.- przelotnie spojrzała na Eris, a coś w jej oczach mówiło, że było też kilka innych powodów. Już chciała coś dodać, jednak zamilkła, ponieważ w progu, bezszelestnie pojawił się Momo. Na widok dziewczyny siedzącej na kanapie w jego oczach pojawiły się iskierki rozbawienia pomieszane z kapką złośliwości i przekory. To zdecydowanie, będzie bardzo ciekawy wieczór…







czwartek, 27 marca 2014

Rozdział I: Sen

,,Jesteśmy z tego samego materiału co nasze sny."
William Shakespeare

Biel. Wszechogarniająca, oślepiająca biel. Jest wszędzie. Na ścianach, podłodze z marmuru i suficie. Nie widzi nikogo, chociaż zdaje sobie sprawę, że nie jest sama. Czuje to. Nie ma pojęcia gdzie się znajduje, jednak wie, iż wcale nie powinno jej tu być. Bezradna i skonsternowana leży na mlecznej podłodze, która nie ma zamiaru dać jej ani odrobiny ciepła i bezpieczeństwa. Nie wie ile czasu spędziła w bezruchu, z przymkniętymi oczyma,  walcząc z lękiem, który nieproszony zakradał się do jej serca. Zaczerpnęła głośno tchu. Łańcuch ciszy został przerwany.
-Hic paenitentia et pretium pro facinore accipietis.- Alabastrowe kolumny podtrzymujące monumentalne sklepienie zdawały się drżeć pod wpływem głosu rozbijającego się o białe, marmurowe ściany niczym fala tsunami. Nie zrozumiała znaczenia słów wypowiedzianych władczym tonem. Zdawała sobie jednak sprawę z dwóch ważnych rzeczy, po pierwsze mówczyni wcale nie zwracała się do niej, a po drugie nie było to ani pytanie, rada czy choćby groźba. Właśnie został wydany wyrok.

***

Zerwała się z łóżka cała zlana zimnym potem i odgarnęła splątane włosy z twarzy. Wzięła głęboki wdech, kierując swój rozbiegany wzrok na okno, jak gdyby widok nieba i gwiazd miał pomóc przywrócić jej spokój. O dziwo pomogło. Z niemym uwielbieniem wymalowanym na zmęczonej twarzy wpatrywała się w czerń nieboskłonu, ciągle mając w pamięci obraz białej sali. Mrok przynosił ukojenie. I chociaż jej myśli wciąż galopowały niczym stado dzikich mustangów, serce zwolniło do normalnego, jednostajnego tempa, a oddech przestał przypominać świst bata nad głową. Mimo że noc była ciemna, a jej ciało spokojne, nie zmrużyła już oka.
Pierwsze promienie świtu powitała z nadzieją, ale i lekkim niepokojem. Bo czy światło zawsze oznacza dobro? Po którymś z kolei śnie o alabastrowej komnacie zaczynała mieć wątpliwości. Jednak każdy dzień niesie ze sobą wiarę w to, że może coś w naszym nudnym i szarym życiu ulegnie długo wyczekiwanej zmianie. To właśnie , czasem zupełnie mylne, przekonanie pomaga nam przeć ciągle naprzód. Mimo wszystko.
Od niechcenia odrzuciła kołdrę na bok i z ociąganiem wygramoliła się z łóżka. Jej szara piżama w różowe słonie była cała pognieciona, jak zwykle z resztą. Czego innego spodziewać się po ubraniach osoby, która podczas snu  przemierza kilometry, zmieniając pozycję co mniej więcej dwie sekundy? Powłóczając nogami udała się do łazienki z nadzieją, że chłodny prysznic pomoże jej pozbyć się natrętnych myśli o śnie, którego wcale nie chciała pamiętać.  Chociaż długość kąpieli Eris rozwścieczyłaby niejednego ekologa, to i tak na nic się to nie zdało. Obraz wielkiej sali,  powracał wciąż i wciąż, niczym uparta mucha. Nie była w stanie zapomnieć. Przeczuwała, że nie będzie to miły dzień.
Wykąpana i niekoniecznie odprężona podreptała z powrotem do swojego pokoju. Pomieszczenie wypełnił delikatny głos Dillon, który choć tak często przywracał jej spokój ducha, tym razem nie potrafił zagłuszyć niechcianych myśli. Szybkim krokiem podeszła do półki wypełnionej książkami. Sięgnęła po ,,Alchemika" i rozsiadła się w miękkim fotelu, stojącym w rogu, obok okna. Chociaż z początku czytanie wydawało jej się dobrym sposobem na zajęcie czymś umysłu, to już po chwili zauważyła, że jej myśli znacznie odbiegają od Santiaga czy choćby owiec, z którymi przemierzał Andaluzję. Sfrustrowana z łoskotem zamknęła książkę. Niezadowolona zeszła na dół zaparzyć sobie herbaty, licząc, że może ona oczyści jej głowę. 
I tak przesiedział dwie godziny nad dawno pustym już kubkiem i ogryzkiem z jabłka, gapiąc się bezmyślnie w kuchenne okno.
-Chryste Panie! Dziecko, co ty tutaj robisz?  Coś się stało?- zapytała zaskoczona kobieta po czterdziestce, ubrana w kwiecisty szlafrok.
-Dzięki mamo, też się cieszę, że cię widzę. Chcesz herbaty?- powiedziała podstawiając czajnik pod kran.
-No przecież coś musiało się stać. Obie dobrze wiemy, że ty o tej porze leżysz w łóżku zakopana głęboko pod kołdrą i zrzędzisz, że nienawidzisz ludzi, szkoły i ogólnie całego wszechświata. Ja pewnie piłabym już drugą filiżankę kawy i wołała, po raz kolejny, żebyś się wreszcie zwlekła na dół, bo spóźnisz się na autobus. Więc o co chodzi?- odrzekła, ignorując wypowiedź córki.
-Zapomniałaś wspomnieć o moich długich dialogach z kotem.- odpowiedziała zgryźliwie, również udając, że nie słyszała sugestii kobiety.
-Mówiłam ci już, że nasza nowa sąsiadka, pani Darkwood, to naprawdę miła kobieta?
-Mhmmm... Opowiadałaś również, że jest psychiatrą.- Eris uśmiechnęła się ironicznie.
-Za długi język, stanowczo za długi...- odparła Caroline, kręcąc z roztargnieniem głową.- Idź już. Co z tego, że tak wcześnie wstałaś, skoro i tak się spóźnisz?
-Nie ma to jak płynąca prosto z serca macierzyńska miłość. A potem się dziwisz, że nie lubię ludzi...- powiedziała zaczepnie Eris, na co matka zgromiła ją wzrokiem. 
Niespiesznie wczłapała się po schodach na górę i skierowała do swojego pokoju. Zgarnęła plecak z podłogi, zapakowała co trzeba i wyszła, nie zwracając uwagi na otwarte okno.

***

Droga do szkoły dłużyła się jej niemiłosiernie. Ze słuchawkami w uszach i gonitwą myśli w głowie obserwowała zmieniający sie za szybą krajobraz. Przymknęła ociężałe powieki, mając nadzieję, że uda jej się odespać, chociaż część tej nocy. Jednak, gdy jej głowa zaczęła bezwładnie opadać na okno, mijane drzewa i domy zlały się w jedną, niewyraźną, białą plamę. Tyle wystarczyło. Natychmiast otrząsnęła się z letargu, lekko szturchając pasażera obok.
-Przepraszam, nie chciałam...- powiedziała i skierowała swój wzrok na osobę siedzącą po prawo.
-Spokojnie, przecież nic się nie stało. Nie jestem z porcelany...- stwierdził blondwłosy chłopak w okularach przeciwsłonecznych i uśmiechnął się do niej szelmowsko, ukazując rząd równiutkich, białych zębów. - Momo Darkwood.
-Momo? Dosyć nietypowe imię...- zapytała zaciekawiona.
-Właściwie to Momos, rodzice mają świra na punkcie mitologii. A mama to już w ogóle...
-Jesteś synem tej pani Darkwood, która niedawno się wprowadziła?- wysoko uniosła lewą brew.
-Mieszkamy tu niecałe trzy dni, a już jakaś zła sława okryła nasze nazwisko? - powiedział, siląc się na ironię.
-Nie. Jasne, że nie. Po prostu wychodzi na to, że jesteśmy sąsiadami. Eris Byington.- rzekła, uśmiechając się szeroko i podała mu dłoń. Odwzajemnił gest, a jego uścisk był mocny, ale i delikatny.
-Widzę, że i twoi rodzice lubią rzadkie imiona z historią.- powiedział uśmiechając się tajemniczo pod nosem.
-Co?- zapytała niezbyt inteligentnie.
-No wiesz... Eris: bogini chaosu, zniszczenia i takie tam. Nie jesteś za dobra z mitologii, nie?- uniósł kpiąco kąciki ust, a ona uśmiechnęła się ze sztuczną uprzejmością. ,,Matko, jaki palant..." pomyślała, a on wyszczerzył się jeszcze bardziej, jakby dokładnie wiedział co dzieje się w jej głowie.
-Tak naprawdę, to nie cierpię historii.
-,,Ci, którzy nie znają swojej historii, są skazani na jej powtarzanie." Pamiętaj o tym, moja droga sąsiadko.- uśmiechnął się do niej jeszcze raz, po czym wysiadł z autobusu, który nie wiadomo kiedy się zatrzymał. Przewróciła oczyma i również wyszła na świeże powietrze, z myślą, że na bardziej aroganckiego i wkurzającego sąsiada trafić nie mogła.

***

Wpadła do sali lekcyjnej na chwilę przed dzwonkiem, co nie zwróciło niczyjej uwagi. Niestety zjawisko spóźnialstwa nie było jej obce. Skierowała się w stronę ławki, w której zwykle siedziała na angielskim, matematyce, francuskim i biologii. Jednak jej miejsce zajmował nie kto inny jak Momo. Wyciągnięty na krześle bazgrał coś na końcu zeszytu. 
-Można wiedzieć, co ty tutaj robisz?- zapytała zdenerwowana, stawiając z hukiem swoją torbę na jego arcydziele. 
-Och, Eris, jak miło- tu jego rozmówczyni przewróciła oczami- że się znowu widzimy. Jakbyś nie zauważyła, to jest jedyna wolna ławka w tej klasie. Miałem sobie ulepić nową z plasteliny, żebyś mogła usiąść sama?- ton jego głosu wprost ociekał ironią. 
,,Trzeba było, przynajmniej miałabym święty spokój..." pomyślała, jednak zamiast tego powiedziała:
-Dobra, nieważne. Jeśli już musisz tu być, to przynajmniej się posuń. Ja siedzę przy oknie.
-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, moja urocza sąsiadko...- uśmiechnął się do niej w taki sposób, że każdej dziewczynie w klasie zrobiłoby się gorąco. Ona natomiast stała niewzruszona i skrzyżowała ręce na piersi z oznakami zniecierpliwienia na twarzy. Kiedy wreszcie mogła usiąść na właściwym krześle wypakowała książki do angielskiego i odetchnęła głeboko. Lekcja minęła spokojnie, bez zbędnych uwag ze strony jej czy Momo. W chmurnym nastroju doczekała się nareszcie pierwszej przerwy, jednak i ona nie była tak zbawienna jak miała nadzieję. Siedziała sama przy stoliku, kiedy podeszła do niej Karen, wysoka blondynka o niebieskich oczach i olśniewającym uśmiechu.
-Co to za przystojniak się do ciebie dosiadł, hm?- zapytała, próbując ukryć zgryźliwość za kotarą zainteresowania.- Jaka szkoda, że tylko twoja ławka była wolna... Chętnie bym poznała takie ciacho jak on.
-Uwierz mi, że nie... To Momo, jak na moje nieszczęście się okazało, wprowadził się do domu obok. Jest strasznie irytujący i arogancki...
-Zimny dupek, co? Takich to ja zjadam na śniadanie... To co, kiedy mnie z nim poznasz?- rzekła z udawaną uprzejmością.
-Pomyślmy... Nigdy? Pasuje ci? Nie rozśmieszaj mnie, obie wiemy, że ty mnie nienawidzisz, więc nie udawaj mojej najlepszej koleżanki, bo nagle masz do mnie interes...- powiedziała, unosząc ironicznie brew.
-Dobrze, jak chcesz. Tylko jedna, mała prośba. Trzymaj się z daleka od niego, Eris. Nie dam ci zepsuć tego związku.- rzekła opryskliwie i już miała się odwrócić, zarzucając włosami, jak to robią dziewczęta w serialach, ale powstrzymał ją głos jej rozmówczyni.
-Karen, znowu wypominasz mi tego chłopaka, którego odbiłam ci w trzeciej klasie? Wybacz... Chyba wolał brunetki.- stwierdziła wprost plując jadem swoich słów.
-Tym razem to ja wygram.- odrzekła wyniośle, grożąc jej palcem.- Przekonasz się, która z nas jest lepsza.
Ta wymiana zdań z samozwańczą królową szkoły odebrała jej wszelką chęć do życia. 
-Nie lubię ludzi... -mruknęła pod nosem, komentując cały przebieg tej płytkiej rozmowy.

***

Hej, jest pierwszy rozdział, o nawet ludzkiej godzinie...  Jak wam się podoba nowa notka? Jeśli komukolwiek chciało się czytać te wypociny, to proszę, (jeśli przeżył te katusze) niech zostawi po sobie ślad w postaci komentarza na temat jakości tortur. 
Pozdrawiam 

OwlShadow


niedziela, 23 marca 2014

Prolog:Chaos

             Jedno słowo, a w zupełności wystarczy, by w pełni opisać moją osobę. Chaosem się otaczam, w nim żyję i czuję się najlepiej. Nie potrafię się bez niego obejść. Nawet podczas podróży pakuję swój nieład do walizki i zabieram ze sobą. Z nim czuję się bezpiecznie... Jak w domu. Mówi się, że dom twój tam, gdzie serce twoje. Chociaż doskonale wiem, że to tylko mrzonki o głębokiej miłości, której nigdy nie doświadczyłam i ciche podszepty głupiego serca dryfującego gdzieś pośród fal nieporządku, to i tak lubię marzyć, że znajdzie się ktoś, kto weźmie wędkę, pójdzie na ryby i całkiem przypadkiem wyłowi właśnie to serce z morza chaosu...
Skłonność do nostalgii to jedna z tych cech, których nie lubię w sobie najbardziej, bo choć mam tysiące rzeczy do zrobienia, to bez względu na to jak bardzo są ważne i tak będę leżeć bezczynnie, gapiąc się w sufit i rozmyślać nad rzeczami, których i tak pewnie nigdy nie doświadczę... No cóż, takie życie, nikt nie jest idealny. Chociaż, nie powiem, jestem nadwyraz blisko. I kolejna cecha, która raczej nikomu się nie spodoba- moja wrodzona skromność, granicząca z samozachwytem... Oczywiście sarkazm i ironia w każdej postaci występują u mnie w masowych ilościach, co akurat ani trochę mi nie przeszkadza. Właściwie, to można powiedzieć, że jestem wręcz z tego dumna. Zauważyłam, że ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad moją osobowością, cechami charakteru i odpowiedzią na nurtujące mnie pytanie: kim ja do cholery jestem? Przez jakże długie i tak samo nudne niecałe szesnaście lat mojego życia wydawało mi się, że doskonale ją znam. Jednak po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że jedyne co mogę o sobie powiedzieć to to, że lubię lody czekoladowe, nazywam się Eris i jestem doprawdy przerażona, gdy myślę o mojej przyszłości.

***

Jest i prolog, trochę krótki, ale no cóż... Prologi tak mają. Proszę o wasze opinie  komentarzach ;-;
Pozdrawiam i mocno ściskam
OwlShadow

Kilka słów na początek

Witajcie,
jest to blog mój drugi blog o tematyce fantasy, jednak już z historią autorską, nie będącą fanfickiem. Od razu chciałabym powiedzieć, że notki nie będą dodawane regularnie np. co piątek. Niestety moja wena jest kapryśna i nieobliczalna, ale mam nadzieję, że pozwoli mi napisać tę historię w tempie nieco szybszym niż tempo lodowca :)

Pozdrawiam OwlShadow